Читать книгу Setka - Krzysztof Varga - Страница 3

Оглавление

SMOLEŃSK Z BETONU, CZYLI KATOLICKIE POGAŃSTWO

Kiedy tylko ujrzałem na zdjęciach w Internecie kolejny pomnik katastrofy smoleńskiej, tym razem w formie tupolewa z betonu, postawionego w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Kałkowie, uznałem, że monument ten ujrzeć muszę osobiście, naocznie przekonać się o jego demonstrowanym na zdjęciach szkaradzieństwie. Są rzeczy, o których pisać należy jedynie po bezpośredniej konfrontacji. Kiedy zatem wszyscy czekali na kolejny półfinał piłkarskich mistrzostw, ja wsiadłem do samochodu i ruszyłem do Kałkowa.

Jako statystyczny polski bezbożnik zostałem od razu ukarany, gdyż pomyliłem w podróży Kałkowy, sprawa haniebna, nie będę ukrywał, o istnieniu rzeczonego sanktuarium dowiedziałem się dopiero za sprawą medialnej sensacji związanej z betonowym tupolewem, wcześniej o tym małym Licheniu w ogóle nie słyszałem, w tym sensie więc obłąkańczy zgoła pomysł kustosza sanktuarium, księdza infułata Czesława Wali, by w ten sposób upamiętnić tragedię smoleńską, okazał się wybitnym zabiegiem marketingowym; jeśli dziś jeszcze jest ktoś, kto o Kałkowie nie słyszał, to znaczy, że nie żyje w Polsce.

W moim atlasie samochodowym znalazłem Kałków leżący nieopodal Radomia, ściślej rzecz biorąc, koło miejscowości Ciepielów, i tam skierowałem swój pojazd. W skrócie tylko powiem, iż miotałem się jałowo po okolicach Ciepielowa jakiś czas, póki nie zebrawszy się na odwagę, zagaiłem lokalnego obywatela kontemplującego czas utracony w cieniu drzewa, pod płotem, i od niego dowiedziałem się, że owszem, jest sanktuarium, ale nie w tym Kałkowie, jeno w Kałkowie pod Wąchockiem, kawał dalej. Nie muszę chyba precyzować, że tego Kałkowa pod Wąchockiem w moim atlasie nie było, nabywszy jednak na stacji benzynowej mapę województwa świętokrzyskiego, i znalazłszy prawdziwy cel mojej podróży, ruszyłem tedy z Ciepielowa na Wąchock i po jakimś czasie dotarłem do rzeczonego Kałkowa, a precyzując, do Kałkowa-Godowa, bo tam znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej.

Samolot stoi jako żywo, naprzeciw dość intrygującej architektonicznie Golgoty – Martyrologium Narodu Polskiego. To niewielkie zamczysko w stylu niskobudżetowego Disneylandu, tak akurat na polskie warunki, choć oczywiście potężna zawartość martyrologii rekompensuje intensywnie fenomenalną tandetę budowli. Będącej zresztą ostatnią, dwunastą stacją Męki Pańskiej, tak jest, zachowuję śmiertelną powagę, żadnej ironii w tym nie ma – przez poprzednie jedenaście stacji męczony jest Chrystus, na koniec umęczona jest Polska, wiadomo – Polska Chrystusem Narodów, potężny banał, można dodać z niejakim smutkiem.

Wszyscy mniej więcej wiemy, jak wygląda ów biedny tupolew, wszyscyśmy już go obejrzeli w sieci, że jest z betonu, że skrzydła, nie wiedzieć zupełnie czemu, znajdują się tuż za kabiną pilotów, do której z kolei wstawiono dwa fotele samochodowe, bodajże z wersji rajdowej fiata 126p, że koła ma od poloneza, że, generalnie rzecz biorąc, jest to uosobienie polskości wybitne, albowiem wszelkie nasze uniesienia są po prawdzie z betonu i odpadków surowcowych. Zanim się zdążymy solidnie unieść, to już spadamy na ziemię, żadnym betonowym uniesieniem niczego wielkiego się nie zwojuje, ale my próbujemy od stuleci, jest to w jakiś dziwny sposób rozczulające. Tak jak rozczulający jest ten koślawy pomnik, monument ku chwale polskiego nieudacznictwa wszelkiego rodzaju.

Miałem w pewnym sensie szczęście, gdyż akurat odbywały się drobne prace konserwatorskie przy samolocie, co właściwie zaskakujące, skoro byłem tam ledwo kilka dni po odsłonięciu monumentu. Widać jednak coś już szwankowało, skoro dwóch mężczyzn prowadziło z niejakim znużeniem jakieś naprawy. Słynne zdjęcie pary prezydenckiej wyjęte było chwilowo z drzwi samolotu i odstawione gdzieś na bok, korzystając zatem z nadarzającej się okazji, zajrzałem do środka. W środku było ciasno, wewnętrzna powłoka składała się z cegieł, walały się też kawałki bodajże styropianu, tudzież wiaderka z gruzem chyba, generalnie środek na co dzień niewidoczny dla zwiedzających sprawiał wrażenie kameralnego wysypiska śmieci. W każdym razie jako żywo szkielet samolotu był ceglany, na nim dopiero wylano beton, uczucie groteski wzrastało w zastraszającym tempie. Kiedy wróciłem później, po zwiedzeniu Golgoty, bo obejrzeniu wszystkich kaplic poświęconych wszelakim polskim emanacjom męczeństwa (ksiądz Popiełuszko, św. Maksymilian Kolbe, Powstanie Warszawskie, Katyń, ale także, a jakże – Marsz Brygady Świętokrzyskiej NSZ) – pomnik był już po naprawie. Para prezydencka znów stała w drzwiach, z okien samolotu spoglądali na mnie: Anna Walentynowicz, prezydent na uchodźstwie Kaczorowski, prezes IPN Kurtyka, filuternie uśmiechał się Przemysław Gosiewski, groteska bynajmniej nie słabła, zdaje się, że groteska jest immanentną częścią tego projektu.

Pokraczność owego monumentu i okoliczności, w jakich się znajduje, obudziły we mnie zatem dwa nieco sprzeczne uczucia, wzruszenie mianowicie i zażenowanie zarazem. Jest to słowiańszczyzna w najczystszej postaci, żeby to przynajmniej była „niesamowita słowiańszczyzna”, niestety, to jest zwykła tandetna słowiańszczyzna, prawdziwa polska pogańska słowiańszczyzna, niechaj nikogo nie zwiedzie, iż znajduje się w katolickim sanktuarium, to jest ośrodek pogańskich kultów; prawdziwie chrześcijaństwo – mam pewne podejrzenia – nie jest bynajmniej w naturze Polaków. Być może jacyś germańscy czy skandynawscy protestanci mogą być prawdziwymi chrześcijanami, my z pewnością do chrześcijaństwa nie jesteśmy predestynowani, my do chrześcijaństwa mamy słabą predylekcję, dla nas chrześcijaństwo to jest zasadniczo: odpust, cyrk oraz wesołe miasteczko. Owszem, jakżeby inaczej, za murami sanktuarium znajduje się niewielki bazarek z pamiątkami, kilka raptem stoisk, jako się rzekło, to jest kieszonkowy Licheń, a więc i biznes jest relatywnie niewielki, pośród całych tych odpustowych okropieństw znajdowały się, nie mogło być inaczej, trójwymiarowe obrazy Matki Boskiej i Jezusa. Jak się patrzy z jednej strony, to jest Matka Boska, jak się patrzy z drugiej – Jezus, patent znany i sprawdzony. Ja jednakowoż ustawiłem się, że tak powiem – pomiędzy. A więc, tak by widzieć, jak Matka Boska zamienia się w Jezusa i odwrotnie, ciekawe doświadczenie: jeśli spojrzeć pod odpowiednim kątem, to można zobaczyć Matkę Boską z wąsami i bródką. Mają rację co poniektóre religie zabraniające ukazywania swoich bogów w formie obrazów.

Udało nam się – za pomocą kilkuset pomników polskiego papieża rozsianych po kraju – zrobić z Jana Pawła II coś w rodzaju krasnala ogrodowego, udało nam się z katastrofy lotniczej zrobić pogański kult, betonowy tupolew jest czymś na kształt totemu, trzeba go wpisać do jakiegoś rejestru i chronić, bo to jest prawdziwa emanacja polskości, niestety.

Setka

Подняться наверх