Читать книгу Jutro zaczyna się dziś - Roma J.Fiszer - Страница 5
Rozdział 1
ОглавлениеDrzwi wejściowe do domu trzasnęły z taką siłą, aż zadzwoniły szyby we wszystkich oknach. Po chwili uderzyły drzwi od samochodu, zagrał silnik i rozległ się pisk opon. Ksawery głęboko westchnął, podniósł oczy i cicho zaklął. Wrócił do domu trochę wcześniej, sądząc, że spędzi miły wieczór z żoną i córką, ale Sonia, kapłanka jego domowego ogniska, wykorzystała ten fakt jako okazję do podręczenia go tematem powrotu do śpiewania. Jak dziecko! Nie chce zrozumieć, że dorosłe życie to nie żadne śpiewanie, a po prostu… życie. Mimo lekkiego zdenerwowania uśmiechnął się do własnych myśli.
– Mógłbym definiować, co oznaczają niektóre słowa czy zwroty. Życie… to po prostu… życie – powiedział cicho i ponownie się uśmiechnął.
Na sofę stojącą przy oknie wskoczyła ze zręcznością kotki jego córka Paulina, która nie wiadomo kiedy zbiegła z góry i jak to miała w zwyczaju, natychmiast podwinęła nogi pod siebie. Z prowokującym uśmieszkiem spoglądała na ojca.
– Ktoś wyszedł? – spytała słodziutko.
– Mama… – odparł Ksawery i wzruszył ramionami.
– Mówicie, że ja się zachowuję jak dziecko, a wy też nie jesteście lepsi. O co tym razem wam poszło?! – podniosła głos, ale wciąż z uśmiechem. Ksawery postarał się utrzymać w narzuconej przez nią konwencji i rozejrzał się wokół. – Wiem, że jesteś sam, ale tak się mówi – dodała, komentując jego ruch głową.
– Mnie o nic nie poszło… ale mama wróciła ze swoją starą śpiewką, że chce wrócić na scenę.
– No i w czym, tato, masz problem?
– Córcia… to było tyle lat temu… Byliśmy dziećmi…
– No, bez przesady – weszła ojcu w słowo. – Kiedy ja się urodziłam, ty miałeś dwadzieścia siedem lat, a mama dwadzieścia dwa. Przecież tyle razy mi opowiadała.
– To taki skrót myślowy z tymi dziećmi. Był czas, że bawiliśmy się w muzykę, ale potem przyszło poważne życie. Mamy już czterdziestkę na karku.
– Kto ma, ten ma. Mamie jeszcze sporo do niej brakuje… – Paulina przeciągnęła się jak kotka. – A czy grając i śpiewając, nie można poważnie żyć? – wyrzuciła z siebie po chwili i spojrzała na ojca, marszcząc brwi. Zapadła cisza.
– Pewnie znalazłbym wśród znanych muzyków czy artystów estradowych jakieś przykłady udanego życia, ale my wtedy nie zarabialiśmy kroci, w skarpecie też nic nie było, więc zdecydowałem, że trzeba się wziąć do poważnej pracy.
– No właśnie… mama mówiła, że zadecydowałeś wówczas sam.
– Czasami ktoś musi podjąć trudną decyzję. Gdybym tego nie zrobił, to dzisiaj nie mielibyśmy domu, dwóch samochodów, nie moglibyśmy co roku wybierać się gdzieś za granicę.
– A czy ludzie, którzy tego wszystkiego nie mają, są mniej szczęśliwi…? – Paulina zmierzyła ojca poważnym wzrokiem; ten zmieszał się nieco.
– Gdy pojawiłaś się na horyzoncie – rzekł po chwili Ksawery – mieszkaliśmy u moich rodziców. Ja byłem rok po studiach, mama akurat skończyła licencjat. Nie mogłem wciąż liczyć na to, że rodzice będą nas utrzymywać. Trzeba było szybko wziąć ślub – pokiwał głową – który planowaliśmy dopiero za jakiś czas.
– To wyście zrobili to… przed ślubem? – Paulina uśmiechnęła się szeroko.
– Tego mama ci nie mówiła?
– Może i mówiła… ale jakoś mi umknęło. Znaczy, chcieliście zdążyć ze ślubem, zanim będzie widać, tak? – Paulina wykonała zaokrąglony ruch ręką nad brzuchem.
– No wiesz… lepiej, jak ludzie wszystkiego nie widzą, nie wiedzą, chociaż przecież nie są głupi – odparł Ksawery. – W tym czasie mama akurat niezbyt dobrze się czuła, miała apetyt i… wręcz odwrotnie. Ciotki, bywając u moich rodziców często, bo wspomagały ich w organizacji ślubu, oczywiście to wychwyciły, no i w rodzinie i tak zaczęło się gadanie.
– Lubię te nasze cioteczki… – Paulina przewróciła oczami.
– Na ogół są fajne, ale wówczas, te ich komentarze…!
– To trzeba było wcześniej uważać! – zachichotała Paulina.
– Heej, a co to znaczy, według ciebie, uważać?
– Tato… przecież trzynastolatki już wszystko wiedzą, co i jak!
– Jak wszystko…?! – Ksawery poderwał się z fotela.
– Przecież mamy w szkole biologię, lekcje wychowawcze i różne inne zajęcia, ponadto gadam z koleżankami, mamą, czytam dużo, bo zostało po niej dużo książek na temat ciąży, no i telewizja. Po prostu wszystko wiem!
– Ale z tym błyszczykiem na ustach… to chyba przesadzasz? – Ksawery zmienił temat i wskazał palcem na wargi córki.
– Oj tam… to tylko dla treningu. Do szkoły przecież nie chodzę wymalowana.
– Tego by jeszcze brakowało!
– A inne dziewczyny tak przychodzą! Nie tylko błyszczyk, ale już nawet prawdziwe pomadki!
– I co nauczyciele na to?!
– To zależy… Babka od polaka albo biologiczka żartują z tego, bo mają córki w takim wieku jak my, ale matematyczka, a jeszcze lepiej historyczka potrafią nawet wpisać do dzienniczka uwagę.
– I tak powinno być! Rodzice muszą pilnować dzieci.
– No, bez przesady… Na ogół wszystkie wychodzimy z domu bez malunku, więc rodzice nic do tego nie mają.
– A kto im kupuje te świństwa? Nie można sprawdzić plecaka?
– Jakie świństwa?! Sprawdzanie plecaka?! Chyba cię, tato, poniosło. Przecież jakieś zaufanie, prywatność powinny być.
– Jeśli ktoś nie potrafi uszanować próśb czy nakazów rodziców, regulaminu szkoły…
– A wam sprawdzano plecaki? – przerwała mu.
– Teraz, córcia, ty przeginasz… – Ksawery zirytował się. – Mówimy o przypadkach, kiedy ktoś nie potrafi słuchać, co się do niego mówi.
– Każdy musi sam do tego dojść.
– Ale dla niektórych może lat świetlnych nie starczyć, nie mówiąc o szkolnych, żeby wszystko do nich dotarło!
– Ja mam na wszystko czas i do mnie chyba uwag nie ma, co? – Paulina wbiła w ojca wzrok.
– No… sądzę, że przynajmniej w tym zakresie nie ma.
– A w innym zakresie?! Jakim?! To nawet tego nie wiesz?!
– Córcia, słyszę czasami jakieś uwagi mamy o porządkach, przepierkach… Przecież wiesz, że ja od rana do nocy siedzę w pracy, myślę o biznesie, teraz jeszcze popołudniami komponuję dla kanałów dziecięcych, a potem jeżdżę od czasu do czasu do kolegi do Redy, żeby to nagrać…
– Praca i praca! I dlatego nie masz dla nas czasu!
– Przecież ja to wszystko robię dla was! Muszę zarobić na spłatę kredytów za dom, za samochody, żebyście miały na inne zachcianki… Wyjazdy co roku za granicę też kosztują! – wykrzyknął. Mierzyli się wzrokiem.
– Ale musimy to wszystko mieć, aż tyle wydawać?
– Dziecko! Ja spodnie kupuję raz na pół roku, a wy co chwila, a pewnie wystarczyłoby raz na kwartał. O koszulkach i bluzeczkach nie wspomnę.
– Wypominasz…? Sprawdzasz szafki?
– Nie! Sprawdzam co miesiąc wydruki z kart i tam jest wszystko zapisane! Nawet głupi by zauważył. Chciała mama samochód…
– Ale on przecież nie był nowy! – podniosła głos, wcinając mu się w słowo.
– A używane za darmo dają?!
– Aleś się nakręcił…
– A teraz jeszcze powrót na scenę… Czy wiesz, ile to może kosztować?!
– Głos ma ładny, więc wchodzi na scenę i śpiewa… O co ci chodzi?
– Barwę głosu ma ładną, tym kiedyś urzekła jury w Opolu podczas konkursu młodych talentów, no i oczywiście moja piosenka też była… niczego sobie… – Przewrócił oczami.
– No więc w czym problem? Jesteście samowystarczalni.
– Żeby dojść ponownie do tego, co było kiedyś, trzeba czasu. Próby, próby i jeszcze raz próby. A to tylko w kwestii głosu. A ruch sceniczny, a ponowne obycie z estradą, mikrofonem?
– Jak się to wszystko miało, to chyba będzie łatwiej.
– Córcia. Co się miało? To był ledwie początek, mamie po prostu się wtedy udało. Niektóre dziewczyny, kobiety lat na to potrzebują.
– Czyli po prostu mama ma to coś, czego inne nie mają.
– Wiele ma, ale brakuje jej podstaw! Rzuciła szkołę muzyczną, kiedy poszła do liceum. Nie chciała zostać pianistką.
– To źle?
– To akurat w jej przypadku było słuszne, ale mogła tylko zmienić profil albo dalej chodzić na fortepian, a zapisać się na dodatkowe lekcje solfeżu i szkolić głos, może by zwróciła na siebie uwagę. W szkole muzycznej organizowane są przecież występy, popisy…
– Ale swoim głosem zwróciła uwagę nauczycieli muzyki w gimnazjum i liceum, a potem śpiewała w zespole szkolnym, a wreszcie ty ją wyłowiłeś… – Paulina wyszczerzyła się.
– Tak, ale ja od początku stawiałem sprawę uczciwie, że jeśli do ukończenia studiów kariera naszego zespołu nie będzie taka… no wiesz – Ksawery pomógł sobie ręką – to trzeba będzie pomyśleć o czymś innym.
– Ale przecież mama odniosła sukces!
– I znowu wracamy do początku… Ciąża… i resztę już znasz. Trzeba było wówczas działać szybko. Sprzedałem wszystkie instrumenty i sprzęt nagłaśniający…
– To może nie trzeba było?!
– A ślub, a ty, a mieszkanie wynająć?! Nic z tej listy nie chciało poczekać. – Ksawery machnął ręką. – I tak miałem nieprawdopodobne szczęście. Akurat padł na Wybrzeżu producent toreb foliowych. Zareagowałem, tyle że starczyło jedynie na wykup dwóch maszyn i czynsz na pół roku, żeby można było je ustawić w jakimś pomieszczeniu.
– No, ale kiedy trochę podrosłam, mogliście wrócić do śpiewania…
– A ty gdzie byś się podziała, z kim byś była?! – Ksawery nerwowo podskoczył na fotelu. – Dziecko i matka muszą być razem. Bez zamartwiania się o to, co będzie jutro, bez stresów przed występami, bez niedogodności w podróżach. Zresztą ja nie mam natury wędrowca, nomady.
– O, nomada. Ale fajnie!
– Wcale nie tak fajnie… Masajowie, na przykład, kiedy stoją na jednej nodze, wyglądają ciekawie tylko w encyklopedii, na zdjęciach.
– Nomada, teraz Masaj. Masz ty, tato, wyobraźnię.
– Ponieważ ją mam, zdecydowałem, żeby wszystko sprzedać, z wyjątkiem mojej gitary, którą dostałem od rodziców po zdaniu matury. Alhambra… – przymknął oczy – …od samej nazwy dostaję dreszczy, a co dopiero gdy uderzę w struny. Musiała ich niemało kosztować. Wtedy nie przywiązywałem do tego wagi, ale teraz już wiem dokładnie… – Pokiwał głową. – Postanowiłem zapisać w pamięci miłe wspomnienia i wziąć się do porządnej pracy! – zakończył dobitnie.
– A tamto to nie była porządna praca?
– Powiem tak: zarabialiśmy uczciwie, bez przekrętów, nikt nam niczego nie darował, ale tego było za mało, żeby odłożyć na potem. Albo trzeba mieć pieniądze, albo układy. A ja ani jednego, ani drugiego wówczas nie miałem.
– Ale przecież w swoim biznesie szybko zrobiłeś pieniądze.
– Córcia, miałem szczęście. Wstrzeliłem się przypadkiem w niszę: czasową i lukę na rynku. Wykorzystałem to. Spójrz. Dzisiaj mamy spory zakładzik, od ponad roku robimy też opakowania papierowe, a inni wciąż się zastanawiają. Odchodzi się powoli od plastiku, więc trzeba być elastycznym, obserwować, reagować na czas.
– Czyli masz smykałkę do interesów. – Paulina uśmiechnęła się.
– Do takiego tak. Bo większość spraw zależy ode mnie. A na rynku muzycznym? Jak się nie ma układów, to o płycie, koncertach czy dużych trasach trzeba zapomnieć. A tylko tam są pieniądze! Samotny facet jeszcze jakoś da sobie radę, o ile nie przypłaci tego zdrowiem. Ale kobieta, młoda dziewczyna?
– Strasznie czarno to widzisz…
– Opowiedział mi to wszystko starszy pan, impresario jeszcze z Peerelu, który, nie wiedzieć czemu, lubił ze mną rozmawiać. Potem weryfikowałem to w swoim artystycznym życiu. On został sam, był chory… – Ksawery ostatnie słowa powiedział smutnym głosem.
– A mamie opowiadałeś o tym?
– A bo to raz? Uważała, że on przesadzał, że był nieudacznikiem, że tęsknił do młodości i takie tam. On sam przyznał się, że wiele spieprzył w życiu, ale właśnie doświadczenia życiowe dały mu podstawy, żeby tak mówić. Na nic nigdy nie miał czasu, a potem, kiedy wreszcie trochę zwolnił, był już za stary, nikt go nie chciał. Mieszkał sam, w jednym pokoiku… ech.
– Zdołowałeś mnie. Mama czasem mówi, że ty wszystko widzisz w czarnych barwach.
– Tak, oczywiście! Zawsze mi to wypomina. Dzisiaj też na tym skończyła się nasza rozmowa. Uważam… i nie zmienię zdania, że albo śpiewanie, albo życie… To znaczy takie życie, o jakim ja myślę, życie rodzinne.
– Ale jesteście przecież parą! Mama mogłaby…
– Dlatego ktoś musi być rozsądniejszy… – Ksawery wszedł córce bezceremonialnie w słowo. – No dobrze… Powiedz, dokąd mama mogła pojechać? – Ksawery wpatrzył się w córkę.
Jej oczy rozbłysły.
– Chcesz jej szukać?
– Mam, dziecko, wolne i nie chcę, żeby popełniła jakiś błąd.
– Jaki błąd?!
– Ech… To długa historia i pewnie znowu byś nie uwierzyła.
– A czy powiedziałam, że nie wierzę w to, o czym opowiadałeś?
– A uwierzyłaś?!
– W większość spraw tak, ale…
– To dobrze – uśmiechnął się Ksawery. – To masz w takim razie po mnie.
– Jesteś łobuz, tato.
– O! Słowa mamy!
– A jak?! – zachichotała Paulina.
– Posłuchaj, gdzie mama lubi wyskoczyć, kiedy ma doła, albo chce na przykład odreagować po głupiej rozmowie ze mną? – Ksawery mrugnął.
– Nic wyszukanego. – Potrząsnęła głową córka. – Pewnie siedzi w galerii handlowej Klif, bo tam nie docierają jej głupawe koleżanki.
– Co?! Które?
– Chyba nie chodzi o jakieś konkretne, ale tak ogólnie. Mówi, że w Klifie jest w miarę normalnie, bo one tam nie bywają. Jeśli znudzi im się w Rivierze, mijają Klifa i pędzą do Manhattanu albo Galerii Bałtyckiej, bo tam jest ekstra.
– A Batory? – zdziwił się Ksawery.
– A co masz w Batorym? Nawet usiąść nie można, no bo gdzie?
– A ja często tam się umawiam i rozmawiam o interesach.
– Może na rozmowy o interesach to dobre miejsce, ale żeby usiąść tak jak my, poplotkować, popatrzeć na ludzi, to nie bardzo. W Klifie jest fajniej.
– No dobra, córcia, to ja pędzę. – Ksawery poderwał się. – Jakbyśmy się z mamą rozminęli, to puść mi bzyczka. – Wskazał na komórkę córki leżącą obok niej.
– To nie weźmiesz mnie? – zdziwiła się.
– Na pewno masz jeszcze coś do nauki. – Ksawery wskazał palcem na sufit, w kierunku jej pokoju.
– To przynajmniej mi coś obiecaj… – Spojrzała na niego zagadkowo. Skinął głową. – Wyciągniesz od czasu do czasu swoją alhambrę, zagrasz mamie, a mama zaśpiewa mi jakąś piosenkę, dobrze?
– Boję się, że to poruszy w niej jakąś delikatną strunę i jeszcze bardziej będzie chciała wrócić do śpiewania.
– Kiedy jeszcze chodziłam do przedszkola, śpiewaliście razem kolędy, a jak przypomnę sobie waszą Cichą noc, to zaraz mam ciarki. O! Zobacz… – Wskazała na odkryte ramię, gdzie pojawiła się gęsia skórka. – Wystarczyło, że pomyślałam.
– Może da się coś zrobić – powiedział Ksawery prawie szeptem. Na chwilę zapadła cisza. – Zamknij za mną drzwi! – wykrzyknął i szybkim krokiem wypadł z salonu, chwytając z kredensu dokumenty i kluczyki.
Po chwili Paulina usłyszała odgłos odjeżdżającego sprzed domu samochodu. Podeszła do okna.
– Dziwadła, ale niech się wreszcie dogadają – powiedziała sama do siebie, przyglądając się czerwonym światłom znikającego w głębi ulicy samochodu.