Читать книгу Wyryte w sercu - Tara Johnson - Страница 5
[no image in epub file]
ОглавлениеKeziah obserwowała z okien salonu ludzi spacerujących po brukowanej ulicy. Zasłony ukrywały ją skutecznie przed ich wzrokiem, ale ona widziała przechodniów bardzo wyraźnie, zapominając o zażenowaniu, jakie towarzyszyło jej od chwili, gdy się obudziła. Serce jej łomotało, ale o wiele bardziej dokuczliwy był wstyd z powodu zdarzeń ubiegłej nocy. Nie widziała matki od chwili powrotu do domu tuż przed tym, jak nieustępliwy świt wpełzł na nocne niebo. Z pewnością opowiedziała już wszystko ojcu ze wszelkimi przerażającymi szczegółami. Był na pewno bardzo rozgniewany, zarówno z powodu konsekwencji towarzyskich tego wydarzenia, jak i konsekwencji dla jego interesów. Zniszczyła swoją przyszłość, ich przyszłość, a to wszystko na oczach największych złośliwców Savannah.
Odepchnęła od siebie tę myśl i zaczęła sączyć herbatę z filiżanki. Wdychała uspokajający zapach pomarańczy i goździków. Pozwoliła, by jej oczy się zamknęły, a głowa opadła na twarde oparcie fotela. W głowie pojawiły się jej niewyraźne wspomnienia poprzedniego wieczoru, wszystkie zamglone z wyjątkiem męskiej siły dłoni, która chwyciła ją za rękę. Skąd się tam wziął Micah Greyson? Nie widziała go od lat. Od czasu, gdy umarł jego ojciec, przez co chłopak musiał zrezygnować ze szkoły, do której oboje chodzili. Zawsze podziwiała jego towarzyską naturę i poczucie humoru, które tak bardzo kontrastowały z jej bolesną nieśmiałością. Inni chłopcy z niej kpili, przezywali ją Szarą Myszą albo Cieniem, a on, jeśli nawet żartował, to zawsze dobrotliwie, jak brat. Często zaczynał z nią rozmawiać albo zadawał głupawe pytania: „Powiedz, Kizzie, wolałabyś być szczęśliwą Indianką mieszkającą na równinach czy zbzikowaną sknerą z wielkiej posiadłości?”, „Jak myślisz, jakie jest najszybsze zwierzę na ziemi?” albo rzucał: „Mogę się założyć, że biegam szybciej od ciebie”.
Wspomnienia sprawiły, że wykrzywiła usta w podkówkę, jednak jej uśmiech zgasł tak szybko, jak się pojawił. Minęło pięć lat od ich ostatniego spotkania, a zobaczył ją akurat w tak żenującym stanie. Poczuła, że zalewa ją fala gorąca, za które nie mogła winić parującej herbaty. Dlaczego się nad nią tak nachylał?
Skromny posiłek, jaki miała w żołądku, podszedł jej do gardła. Odstawiła herbatę na stolik, jakby w ten sposób chciała pozbyć się wstydu.
Usłyszała pukanie do drzwi, a następnie szelest sukni Elizabeth, ich służącej, która poszła otworzyć. Pewnie jakiś partner biznesowy ojca odwiedził go w interesach. Keziah usadowiła się wygodniej i zapatrzyła się na ptaszka, który za oknem skakał beztrosko po gałęzi.
Z korytarza dotarł do niej męski głos, a następnie ciepły tembr Elizabeth.
– Przykro mi, proszę pana, ale państwo Montgomery’owie są poza domem, a panna Montgomery źle się czuje.
– Proszę wybaczyć. Jestem lekarzem, który zajmował się wczoraj panną Montgomery. Chciałem tylko sprawdzić jej stan zdrowia.
Keziah nadstawiła uszu. Lekarz? Potarła skronie. Pamiętała jakiegoś mężczyznę w pokoju gościnnym Ballingerów, ale jedyna twarz, jaka utkwiła jej w pamięci, należała do Micah.
Głosy zaczęły mówić niezrozumiałym szeptem, a potem na wypolerowanej posadzce rozległy się kroki mężczyzny. W drzwiach pojawiła się hebanowa twarz Elizabeth. Kobieta przepraszająco spojrzała na Kizzie.
– Proszę mi wybaczyć, panienko, ale ma panienka gościa.
Służąca zniknęła. W progu stanął mężczyzna o mocnej sylwetce.
Zaczerpnąwszy powietrza, Keziah wyprostowała plecy.
Wysoki, szczupły, ale barczysty. Ciemnowłosy, o przenikliwym spojrzeniu, patrzył na nią teraz z trudnym do odczytania uczuciem. Micah. Nie był już jej przyjacielem z dzieciństwa. Ani chłopcem, tylko mężczyzną.
Palce jej drżały, chociaż nie wiedziała dlaczego. Wstała, zacisnęła dłonie i przyjrzała się uważnie jego przystojnej twarzy, nie chcąc okazać słabości. Nie zamierzała znów zaprezentować swojej bezradności.
– Mam zostać, panienko? – spytała Elizabeth od drzwi swoim zwykle łagodnym, jednak teraz nieco niespokojnym głosem.
Keziah przełknęła ślinę. Ojciec na samą myśl o tym, że jego córka podejmuje jakiegoś dżentelmena bez przyzwoitki, dostałby apopleksji. No ale to nie był jakiś dżentelmen, tylko Micah.
– Dam sobie radę, Elizabeth. Zostaw otwarte drzwi i przynieś herbatę, jeśli nasz gość ma ochotę.
– Dziękuję, nie. To wizyta lekarska, ale doceniam pani gościnność.
Służąca skinęła głową i wyszła z pokoju, szeleszcząc spódnicą.
Keziah wreszcie mogła przywitać się z Micah.
– Doktorze Grayson…
Podszedł bliżej, ściskając w jednej ręce torbę lekarską, a w drugiej kapelusz.
– Jesteśmy starymi przyjaciółmi. Proszę nazywać mnie Micah.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi, skrępowanie minęło jak zwykle w jego towarzystwie.
– Ale jak w takim razie ty będziesz się do mnie zwracał?
Pojawiły mu się zmarszczki wokół oczu.
– Oczywiście Kizzie.
Na wspomnienie tego dziecięcego przezwiska poczuła, że palą policzki. Pamiętała dzień, kiedy powstało. Billy Strauss i Charlie Holliday dokuczali Micah za to, że traktował tak czule „nieśmiałą myszkę”. Charlie ze szczerbą między zębami zawołał do Micah: „Kochasz się w Keziah Montgomery, prawda? Buzi, buzi!1”.
Micah odwrócił się i nieźle poturbował Charliego, po czym zaoferował, że będzie niósł jej pojemnik na lunch. „Nie zwracaj na nich uwagi. Chcieliby dostąpić zaszczytu odprowadzenia cię do domu… Kizzie”.
Przełknęła ślinę, wspomnienie obudziło w niej słodko-gorzki lęk.
– Nikt od czasów dzieciństwa tak do mnie nie mówił.
– Dla mnie zawsze będziesz Kizzie.
Czując suchość w ustach, zaproponowała mu miejsce w rokokowym fotelu stojącym na wprost niej, zadowolona, że dzieli ich chociaż stolik do kawy. Nagle poczuła, że traci grunt pod nogami. Odetchnęła głęboko, gdy usiadł. Przecież to był tylko Micah, a ona trzęsła się w środku jak galareta.
Wygładzając materiał zielonej sukni, popatrzyła na zarost na jego szczęce.
– Powiedz, gdzie byłeś przez te wszystkie lata? Wydaje mi się, że nie widziałam cię od wieków.
Westchnął z żalem.
– W szkole w Filadelfii. Wróciłem do Savannah rozpocząć praktykę lekarską i zamieszkać blisko matki.
Keziah poczuła ucisk w gardle.
– Choruje?
Zawahał się, zmarszczki wokół jego oczu stały się wyraźniejsze.
– Ogólnie jest w niezłym stanie, choć nie ma już tyle sił co dawniej. Od czasu do czasu boli ją serce.
– Powinnam ją odwiedzić. Kiedy powiedziałeś, że chcesz być blisko niej, zaczęłam się obawiać, że nie wstaje z łóżka i cierpi na jakąś poważną chorobę.
Pokręcił głową.
– Nic tak strasznego. Jednak przyjechałem stanowczo za późno. No i wielką przyjemność sprawia mi odnowienie znajomości ze starymi przyjaciółmi. – Oczy mu rozbłysły. – Takimi jak ty.
Nie zwracając uwagi na przypływ gorąca, uśmiechnęła się delikatnie.
– Pamiętasz Lucy Kent? Zeszłego lata wyszła za mąż za Daniela Lovelace’a.
– Nie wiedziałem.
– Ale z Oliverem Kingiem pewnie się widziałeś?
Błysnął białymi zębami.
– Oczywiście – odparł. – To właśnie on mnie namówił na ten bal u Ballingerów.
Swobodna pogawędka skończyła się szybko, gdy poczuła na sobie pełne troski spojrzenie Micah. Czuła się bezbronna, wiedząc, że nie ukryje przed jego fachowym wzrokiem tego, co tak bardzo pragnęła zachować dla siebie.
– Powiedz mi prawdę, Kizzie. Jak się czujesz? Jesteś zmęczona?
Strzepnęła niewidzialny pyłek z sukni.
– Trochę… tak. Ale nic mi nie będzie.
Westchnął.
– Od jak dawna masz te ataki? – spytał cicho.
Oddałaby wszystko, by nie musieć odpowiadać na to bezpośrednie pytanie. Było to zbyt upokarzające.
– Miewałam je już jako dziecko. Kiedy skończyłam dziesięć lat, ustały z wyjątkiem paru epizodów. – Z których kilka udało jej się ukryć przed rodzicami. – Aż do czasu, kiedy zachorowałam przed kilkoma laty. Wtedy znów zaczęły się pojawiać.
Micah mruknął coś pod nosem i potarł podbródek.
– Jak często?
– Co kilka miesięcy.
Wolno skinął głową.
– Próbowałaś się leczyć?
– Ojciec wezwał lekarza rodzinnego. Doktor Kelsie zabronił mi czytać i kazał unikać wysiłków, z wyjątkiem robótek ręcznych oraz udziału w przedsięwzięciach charytatywnych.
– Bzdura. Chociaż wypoczynek jest ważny. Co jeszcze mówił?
Wstała, odwróciła się od jego badawczego spojrzenia i wyjrzała przez zalane słońcem okno.
– Micah, błagam cię, nie pytaj więcej – powiedziała prosząco. – Już się z tym pogodziłam.
Stanął przy niej i zmusił, by spojrzała mu w twarz.
– Ale są kuracje, które mogą złagodzić objawy. Naprawdę potrafię ci pomóc.
W obawie, że Micah dostrzeże ogarniające ją przygnębienie, pokręciła głową.
– Za każdym razem, kiedy mam kolejny atak, ojciec robi mi awanturę, że nie potrafię się kontrolować. Przynoszę wstyd jemu i matce, w końcu zacznę się bać wychodzić z domu.
Patrzył na nią poważnie przez dłuższą chwilę.
– To nie twoja wina.
– Spróbuj zrozumieć, oni mnie kochają, naprawdę – powiedziała. – Wiesz, jak większość ludzi traktuje epilepsję. Niektórzy uważają, że należy mnie zamknąć w zakładzie. – Zmusiła się do uśmiechu. – Mama i tata prędzej obcięliby sobie ręce niż zrobili coś podobnego. – Roześmiała się na siłę. – Jestem pewna, że mimo wybuchu wojny wszyscy plotkują o moim ataku zeszłego wieczoru.
Bardzo się zdziwiła, słysząc jego nagły chichot.
– Istotnie, ale nie tak, jak myślisz.
– To znaczy jak?
– Z tego, co słyszałem, panie i panowie, którzy byli na przyjęciu, uznali, że masz szczególny dar, zwłaszcza że wiadomość o wojnie dotarła do zebranych w dziesięć minut po tym, jak straciłaś przytomność.
Na chwilę wstrzymała oddech.
– Mówią, że twoja… niedyspozycja była związana z przeczuciem. Uważają, że jesteś kimś w rodzaju jasnowidza.
– Coś takiego! – mruknęła Keziah pod nosem. Rozbawienie wzięło górę nad zażenowaniem. – To bzdura… ale przynajmniej nie jestem w ich oczach wariatką.
– Absolutnie nie, a co więcej, ktoś, kto tak sądzi, nie miał chyba okazji cię poznać.
Ten komplement spowodował, że zalała ją fala ciepła. Patrzyła na niego, za jego słodką troską i subtelnym żartem dostrzegając powagę.
– Co zamierzasz, Micah, teraz, gdy zaczęła się wojna? Będziesz walczył?
Spuścił wzrok i skrzyżował ręce za plecami.
– Nie… nie jestem pewien.
– Wiesz, co powiedzą ludzie, jeśli tego nie zrobisz?
Teraz z kolei on zaczął wypatrywać czegoś za oknem, chociaż Kizzie wiedziała, że z pewnością nie widzi kwiatów kołyszących się w lekkich powiewach porannego wiatru.
– Kiedy moje życie dobiegnie końca, to nie przed obliczami kolegów przyjdzie mi stanąć, prawda?
Nie polemizowała. Miał rację.
Odwrócił się i pochwycił jej spojrzenie przenikliwymi błękitnymi oczami.
– Chodź ze mną.
Jej żołądek zrobił fikołka.
– Dokąd?
– Na spotkanie. We wtorek, za trzy dni od dzisiaj, w kościele przy ulicy Brighton. O ósmej wieczór.
Poszukiwała odpowiednich słów.
– Po co? Na jakie spotkanie?
Musnął dłonią jej palce, a gdy uścisnął je lekko, wstrzymała oddech. Jego niski głos działał na nią tak, że nie umiała odmówić.
– Proszę, Kizzie.
Ojciec i matka nigdy by się nie zgodzili na to, by wyszła z domu w towarzystwie mężczyzny bez przyzwoitki, ale ona w pełni ufała Micah. W głowie zaświtał jej pewien pomysł. We wtorek wieczorem zbierało się w jej kościele Dobroczynne Stowarzyszenie Kobiet. Rodzice nie nabraliby podejrzeń co do jej nieobecności, gdyby sądzili, że poszła na regularne spotkanie grupy charytatywnej. A ona nawet by tak całkiem nie kłamała. Wybierała się przecież do kościoła.
Skinęła głową, niepewna, co się właśnie zdarzyło ani na co wyraziła zgodę.
Puścił jej rękę. Zadrżała pod wpływem utraty jego ciepła, a on, zabrawszy kapelusz i torbę, uśmiechnął się łagodnie – wyraz jego twarzy mówił więcej niż słowa.
– Ósma. Spotkajmy się za rogiem o wpół do ósmej.
Milczała cały czas, gdy ruszył do drzwi i zamknął je za sobą z cichym stuknięciem. Opadła na sztywną poduszkę fotela, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.