Читать книгу Wyryte w sercu - Tara Johnson - Страница 6

[no image in epub file]

Оглавление

16 kwietnia 1861

Keziah objęła niespokojnym spojrzeniem podziemia kościoła, u jej boku, na twardej ławie, siedział Micah. Wilgotną salkę, w której niewielkie zgromadzenie czekało na rozpoczęcie zebrania, wypełniały ciche szepty i krótkie wymiany zdań. Czy ktoś ją rozpoznał? Modliła się, żeby tak się nie stało. Nie potrzebowała plotkarzy, którzy opowiedzą ojcu o tym, gdzie była.

Niepozorny mężczyzna o ogromnych wąsach i cienkiej szyi chodził tam i z powrotem między nielicznymi rzędami i rozdawał jakieś materiały, podczas gdy inny muskularny jegomość zapalał pospiesznie lampy naftowe stojące po bokach sali. Po chwili zrobiło się jasno i Keziah mogła już przeczytać trzymaną w ręce ulotkę.

DO BRONI!

Odkryj, na co bez protestu godzą się ludzie, a odkryjesz, na jak wiele niesprawiedliwości i zła zostaną narażeni.

Frederick Douglass

WIELKIE WEZWANIE DO WALKI MORALNEJ DLA TYCH, KTÓRZY PRZESTRZEGAJĄ PRAW, JAKIE BÓG DAŁ CZŁOWIEKOWI. CHCEMY ZNIESIENIA NIEWOLNICTWA!

Czuję, że nadszedł czas, by przemówiły kobiety i dzieci… Mam nadzieję, że żadna kobieta, która umie pisać, nie będzie milczeć.

Harriet Beecher Stowe

Keziah zamrugała i przeniosła spojrzenie na przyjaciela, żeby stwierdzić, że mężczyzna uważnie się jej przygląda, z nadzieją i jakimś rodzajem nieśmiałości.

– Spotkanie w sprawie abolicji? – syknęła, świadoma jak nigdy tego, że ktoś może ich usłyszeć.

Micah poczerwieniał lekko, ale nie ustępował.

– Postaraj się tylko mieć otwartą głowę, Kizzie.

Popatrzyła na sztywny kartonik, który trzymała w ręce. Gdyby matka i ojciec odkryli, że była…

Nachylił się, otulając ją zapachem rumu.

– Czytałaś książkę pani Stowe Chata wuja Toma?

Pokręciła głową.

– Wiesz, że jest tu zakazana. Nawet nie wiem, gdzie miałabym jej szukać. Zresztą to nieważne. Mama zabroniła mi ją czytać. Mówiła, że to niebezpieczne oszczerstwa.

– Tym większa szkoda. Literatura prowokująca do myślenia.

Przygryzła wargę i odważyła się zapytać:

– Masz tę książkę?

Uśmiechnął się wolno i skinął głową.

– Powiedziałam tylko, że mama mi zabroniła. Nie twierdziłam, że posłucham.

Micah zaśmiał się cicho.

– Jeżeli jesteś zdecydowana, to ci ją pożyczę.

Obrzuciła ukradkowym spojrzeniem salę. Nie dostrzegła żadnych znajomych twarzy zwróconych w jej kierunku. Uniosła podbródek i przypomniała sobie, że przecież nie zrobiła nic złego. To było tylko spotkanie. Mimo to, biorąc pod uwagę konfederacyjne wrzenie w Savannah, wiadomość o zebraniu proabolicyjnym mogła wzniecić iskrę rozpoczynającą pożar.

Gorączka sięgnęła zenitu, od kiedy konfederaci ostrzelali fort Sumter – całe miasto szalało z radości. Co wieczór słyszała okrzyki mężczyzn zbierających się w grupy przy placu Liberty. „Boże, chroń Konfederację!” – wołali. Ich zawołania wspierające niepodległość nawiedzały ją w snach, grzmiąc niczym odległe wystrzały artyleryjskie. Mimo to nie podzielała radości wiwatujących. Z jakiegoś powodu nie czuła się z nimi związana. Prawa stanowe były zasadne i dobre, ale gdy ludziom takim jak Hiriam nie zostawiano wyboru…

Jej burzliwe myśli rozproszyły się, gdy żylasty mężczyzna rozdający ulotki stanął na wprost zgromadzonych.

– Panie i panowie, dziękuję za przybycie na zebranie. Teraz bardziej niż kiedykolwiek spoczywa na nas ciężar odpowiedzialności za sprawę. – Przełknął głośno ślinę, a jego grdyka podskoczyła niczym spławik na wodzie. – Wojna posłużyła wyłącznie temu, by problem wolności człowieka stał się najważniejszym problemem. Niektórzy z was przyszli tu powodowani chęcią, by walczyć. Inni chcą zrozumieć, w jak katastrofalnym położeniu znajdują się nasi murzyńscy bracia i siostry. – Jego spojrzenie prześliznęło się po zebranych. – Są też i tacy, którzy kierowali się wyłącznie ciekawością.

Keziah poruszyła się na ławie, tak jakby czuła, że te słowa adresowane są do niej.

– Niezależnie od tego, co było przyczyną waszej decyzji, cieszymy się, że tu jesteście. Przyprowadziłem dzisiaj specjalnego gościa. Człowieka, który wiele wycierpiał. Człowieka, którego męstwo można porównać do odwagi naszych wielkich przodków. Przodków, którzy zdawali sobie sprawę z ryzyka przeciwstawienia się królowi Jerzemu, a mimo to walczyli z tyranią z otwartą przyłbicą i nieustającą odwagą. Proszę, powitajcie mojego przyjaciela Amosa.

Z cienia spowijającego mury wyszedł postawny mężczyzna. Jego ciemna skóra błyszczała w skąpym świetle lamp naftowych. Twarz miał surową, w oczach wahanie i nieustępliwość zarazem. Podszedł do mówiącego i skinął poważnie głową.

– Drodzy przyjaciele, ze względu na bezpieczeństwo Amosa nie wyjawię wam ani jego nazwiska, ani też skąd przyjechał, ale mogę wam powiedzieć, że był kiedyś niewolnikiem, zakutym w kajdany, batożonym bezlitośnie za najmniejsze przewinienie i traktowanym gorzej niż zwierzę.

W pomieszczeniu rozległ się szmer, a Keziah poczuła, że nie może oderwać wzroku od tego człowieka, na którego twarzy malowało się tyle bólu.

Mówca wskazał Amosowi, by zajął miejsce na małym stołku.

– Amos przybył do nas, zdając sobie sprawę, że naraża się na niebezpieczeństwo, lecz nie chciał bezczynnie siedzieć i patrzeć, na jakie jarzmo skazani są jego bracia. Walczy o wolność i chce odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie mu zadacie.

Nagle w sali zaległa cisza, nikt nie chciał wystąpić pierwszy. W końcu Micah odchrząknął i przemówił mocnym głosem:

– Dziękujemy, że zechciałeś się z nami podzielić swoją historią. Jak długo żyłeś w niewoli?

– Będzie ze trzydzieści lat, jak mi się widzi. Zabrali mnie z domu za morzem, gdy jeszcze byłem mały, wyrwali z ramion matki, która strasznie wtedy krzyczała. A biały człowiek pobił ją na śmierć, kiedy próbowała mnie obronić.

Na myśl o takim okrucieństwie Keziah poczuła przypływ mdłości.

– Potem wsadzili mnie na statek i sprzedali na plantację na Południu.

Znowu zapadła cisza.

– Co miałeś robić? – spytał głos z tyłu sali.

Oczy Amosa rozbłysły.

– Pracować w polu. Jestem silny. Zostawiają silnych mężczyzn do pracy przy sadzeniu, żniwach i do innych ciężkich zajęć.

– Czy byłeś kiedyś dobrze traktowany?

Amos wbił w niego twarde spojrzenie, które sprawiło, że Kizzie poczuła dreszcze na plecach.

– Nie, sir. Mój pan był podłym człowiekiem. Pełnym nienawiści. Wiem, że nie każdy niewolnik ma tak źle jak ja, ale inni mają jeszcze gorzej. Czasem się zastanawiałem, czy mój pan to nie diabeł.

W ponurym milczeniu rozbrzmiał miły kobiecy głos:

– Co on właściwie ci robił?

– Większość czasu głodowaliśmy. Jedliśmy tylko zboża, czasem zupę i to, co wyrwaliśmy z ziemi. Ale nie mieliśmy czasu na hodowanie roślin. Pracowaliśmy od czwartej rano do zachodu. Zdarzało się, że udawało mi się wykraść trochę gotowanej kukurydzy dla świń.

– Czy tylko mężczyzn zmuszano do ciężkiej pracy?

– Nie, wszyscy tak tyraliśmy. Kobiety i dzieci też. Niemowlakami opiekowały się najstarsze kobiety, za słabe, żeby robić w polu. A nasz nadzorca był złym człowiekiem. Nie tylko z powodu bata. – Amos zacisnął szczęki i pięści, aby opanować emocje. – Jak tylko wyczuł, że mu się sprzeciwiamy, zabierał nasze żony do łóżka.

W sali rozległy się stłumione okrzyki. Keziah zaczęła palić twarz po wzmiance na tak skandaliczny temat.

Odezwał się kolejny mężczyzna, w jego głosie wyraźnie pobrzmiewało niedowierzanie.

– Skąd mamy wiedzieć, że nie wymyślasz tych historii?

Amos popatrzył na mężczyznę, który go przedstawiał, i westchnął, gdy tamten skinął głową.

– Możemy udowodnić, że Amos cierpiał katusze. Proszę was teraz o wybaczenie tego, czego zaraz będziecie świadkami. Ci bardziej wrażliwi niech lepiej odwrócą głowy.

Amos wstał, odwrócił się plecami do zebranych i wolno rozpiął białą koszulę, pozwalając, by spadła na podłogę. Keziah poczuła, że krew odpływa jej z twarzy, gdy powietrze przeszył pełen zgrozy pomruk. Kobieta z ostatniego rzędu głośno krzyknęła.

Na plecach Amosa widniała gęsta siatka przerażających blizn. Niektóre zarosły guzowatą tkanką, inne były grube na dwa palce. Keziah nigdy w życiu nie widziała czegoś tak potwornego. Przyciskając dłoń do ust, drżała na całym ciele, w oczach czuła palenie nieuronionych łez, gardło miała zaciśnięte i węzeł zamiast żołądka. Siedzący obok Micah wypuścił drżąco powietrze i szepnął:

– Dobry Boże na niebie…

Amos znowu się odwrócił, podniósł koszulę i włożył ręce w rękawy. Na jego twarzy malował się błagalny wyraz.

– Przykro mi, że musieliście to oglądać, ale nie ja jeden cierpiałem. Moi bracia żyją wciąż w niewoli, tak jak ja kiedyś, bez nadziei dla siebie i dla swoich dzieci. – Wyprostował plecy. – To nie w porządku. Bóg powiedział w Dobrej Księdze, że stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Nie mówił, że białego czy czarnego, czy jakiegoś innego. Powiedział tylko, że człowieka.

Uderzył się w pierś mięsistą pięścią.

– Jestem człowiekiem. Jestem człowiekiem stworzonym na obraz Boga. Człowiekiem, za którego umarł Jezus. – Pokręcił głową. – Biali mówią, że Murzyni są głupi, że się nie różnią od zwierząt. Ale tak jest tylko dlatego, że ci sami biali nie dali nam szansy na naukę, na czytanie, na to, żebyśmy do czegoś doszli. A my potrafimy się uczyć. Ja uczę się teraz czytać. Wiecie, co czytam? Biblię. I mogę sam sobie przeczytać, jak bardzo Jezus mnie kocha.

Po twarzy Keziah płynęły gorące łzy. Czuła na sobie ogromny ciężar żarliwego błagania Amosa.

– Za każdym razem, kiedy wspomnicie blizny na moich plecach, pomyślcie o tych wszystkich wciąż bitych ludziach, więzionych, oderwanych od rodziny. Pamiętajcie o nich i zapytajcie Wszechmogącego, co macie zrobić.


Gdy opuszczali kościół, Micah szedł obok Kizzie. Nie, szedł obok Keziah. Potrzebował czasu, by zacząć jej nadawać w myślach tak kobiece imię, ale przecież była kobietą. Popatrzył na nią z ukosa w skąpym świetle lamp gazowych padającym na ulicę. Czy postąpił głupio, prosząc ją, by poszła z nim na spotkanie? Najpewniej tak. Jednak ze wszystkich jego starych przyjaciół jedynie ona mogła ulec gorącym wezwaniom spragnionych wolności. Nie tylko ich wysłuchać, ale zrozumieć. Zrozumieć ich krzywdę. Zrozumieć jego. I zauważyć, że wybór, jakiego musiał dokonać, był znacznie poważniejszy, niż się wydawało.

Miarowy stukot ich obcasów tłumiły odgłosy wieczornego świętowania, jakie do tej pory rozbrzmiewały w mieście. Kiedy Daily Morning News opublikowało nagłówek: „Nasza zwycięska flaga”, radość i wesołe zgromadzenia zawitały do każdego kąta Savannah. Feta, która musiała się skończyć.

Akurat w chwili, gdy Micah pomyślał, że triumfalne wiwaty dobiegły końca, wystrzelono po raz kolejny, wprawiając w drżenie szyby w oknach i jego nerwy. Nawet teraz po drugiej stronie placu stali mężczyźni wznoszący okrzyki:

– Hurra, Południe! Trzymamy się razem!

Próbując nie słuchać tych irytujących wrzasków, zaczął się zastanawiać, co czeka młodszego brata Keziah, który osiągnął już wiek poborowy.

– Co zrobi Nathaniel w związku z wybuchem wojny?

Zmarszczyła brwi.

– Nie jestem pewna – odpowiedziała. – Bardzo dobrze mu idzie w college’u w Charleston, ale teraz…? – Ściszyła głos. – Obawiam się, że wojna wszystko zmieni.

Szli w wygodnej ciszy. Nawet jak na nieśmiałą kobietę, Keziah była stanowczo zbyt milcząca, co stanowiło wyrazisty kontrast w stosunku do hałaśliwych zabaw na ulicy.

– O czym tak myślisz?

Westchnęła, opuszczając lekko szczupłe ramiona.

– Zastanawiam się nad tym, jaką byłam rozpieszczoną ignorantką.

– Ja czułem się tak samo po pierwszym spotkaniu w Filadelfii. Tak jakbym dopiero co otworzył oczy.

Skinęła głową, patrząc w ziemię, i szli dalej.

– Nigdy nie wymażę z pamięci obrazu jego blizn na plecach.

Uśmiechnął się do niej smutno. Pragnął ująć jej dłoń, ale się powstrzymał.

– I nie powinnaś – rzekł. – Niech jego cierpienie czegoś cię nauczy. Pamięć pozwoli na głębsze współczucie. Głębszą miłość do tych uwięzionych w ciemności.

Zatrzymała się i zwróciła do niego głowę, w jej oczach było widać niezrozumienie.

– Ale ojciec nie bije niewolników. Nie odnosi się do nich z taką nienawiścią.

Szukał słów, które nie pogłębiłyby jej postawy obronnej.

– Masz rację. Niektórzy są traktowani całkiem dobrze. To jednak nie zmienia faktu, że nie mają wyboru. Nie mogą samodzielnie szukać szczęścia. – Zbliżył się do niej, czując ucisk w piersiach. – Wiesz, że prawie żaden z nich w ogóle nie ma marzeń? Żadnych! Dlatego że nigdy nie wychodzą myślami poza to, co każe im robić ich właściciel. Jakie to życie? – Złagodził ton. – Zachowujemy się tak, jakby Pan Bóg stworzył ich tylko po to, by spełniali nasze życzenia i kaprysy.

– W takim razie co trzeba zrobić?

Usłyszał wyraźnie żal w jej głosie. Tym razem nie powstrzymał pragnienia, aby dotknąć delikatnej skóry jej dłoni. Gdy poczuł jej chłodne palce w swoich, nagle coś sobie uświadomił.

– Może nigdy nie zmienisz wszystkich ludzi, ale możesz zmienić jedno życie. Módl się. Proś Boga.

Keziah przyjrzała mu się uważnie i poszukała jego spojrzenia.

– Dlatego nie możesz walczyć?

Skinął głową i puścił jej dłoń.

– Dokładnie tak. – Uniósł dłonie, patrząc na ich mocny zarys. – Pan Bóg dał mi te ręce. Cokolwiek się zdarzy, będę ich używał do uzdrawiania.

Czule dotknęła jego dłoni i delikatnie je uścisnęła.

– Rozumiem. Teraz nawet lepiej niż kiedyś. Jesteś dobrym człowiekiem, Micah Joelu Greyson.

Zaśmiał się, uspokojony jej dotykiem i pełnym brzmieniem swego nazwiska w jej ustach.

– Mówisz jak moja matka, kiedy się przygotowuje do połajanki.

Na dźwięk cichego śmiechu Kizzie uniósł jej palce do ust i ucałował je mocno, żałując, że to nie więcej… Ostrożnie, Micah.

Podprowadził ją na tyle blisko domu, na ile się odważył, przystanął przecznicę dalej i chwycił się metalowego ogrodzenia dzielącego rząd domów od ulicy.

– Dziękuję, Micah. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru. – Otworzyła usta i chciała go o coś zapytać, ale zrezygnowała.

– Mów.

Zwilżyła różane wargi i zdobyła się na nieśmiałe pytanie.

– Czy kiedyś cię jeszcze zobaczę?

Jakże bardzo tego pragnął. Ale nie chciał dawać obietnic, których z powodu wojny mógł nie spełnić.

– Oby. Modlę się o to.

Na jej twarzy pojawiło się rozczarowanie i Micah z trudem powstrzymał chęć pogłaskania jej policzka. Wiedział, że nigdy nie będzie mógł liczyć na więcej, więc pragnął przeżyć choć jedną taką słodką chwilę.

– Bóg zawsze realizuje swoje zamiary. Oddaję się Jemu, niezależnie od tego, co każe mi robić.

Gdy podszedł bliżej, niemal przestała oddychać. Jednak dzieliło ich znacznie więcej niż to ogrodzenie. Gdyby tylko wiedziała… Nie, nigdy nie może się dowiedzieć.

W zapadającym zmroku Micah chłonął delikatne rysy jej twarzy.

– Odkryj, czego Pan Bóg od ciebie oczekuje, Kizzie, i oddaj się temu całym sercem. Nie jestem pewien, co przyszłość chowa dla nas w zanadrzu. Otrzymałem szansę, która może mnie zmusić do wyjazdu, ale jeśli Opatrzność znów nas połączy, z wielką radością znowu cię zobaczę… przyjaciółko – dokończył ochrypłym głosem. Oddychał z trudem w obawie, że zdradzi się ze wszystkimi uczuciami, jakie ukrywał, odkąd byli dziećmi. Nie mógł jednak obciążać jej związkiem, który łączył się wyłącznie z bólem.

Opuścił dłoń.

– Niech ci Bóg błogosławi we wszystkim, co robisz.


Keziah wśliznęła się do holu i zdjęła lekki szal. Gdy czekała na pomocne dłonie Elizabeth, w pamięci pojawił się jej obraz blizn na ciele Amosa. Przycisnęła z powrotem szal do siebie. Postanowiła sama go zanieść w odpowiednie miejsce. Nie chciała wymagać już od służących niczego, co mogła zrobić sama.

Z biblioteki dochodziło skrzypienie pióra, którym ojciec wypełniał księgi. W powietrzu unosił się zapach jego aromatycznego tytoniu. Matki nigdzie nie widziała, pewnie pisała listy na górze albo zajmowała się robótką. Kizzie nie chciała jeszcze kłaść się spać. Przepełniało ją zbyt wiele emocji i czuła się jak w ślepym zaułku. Nie mogła się też skupić na czytaniu. Myśli miała zbyt rozproszone. Marzyła wyłącznie o towarzystwie.

Weszła do salonu i popatrzyła na żarzące się w palenisku węgle. Usłyszawszy hałas za kuchnią, powiesiła szal w szafie, w której Elizabeth trzymała okrycia, i weszła na schody prowadzące w dół. Może któraś ze służących była wciąż na nogach.

Ciepły, miodowy blask poprowadził ją do dużego warsztatu u stóp schodów. Zatrzymała się na chwilę i zobaczyła, że Hiriam impregnuje siodła i inne skórzane akcesoria leżące na zniszczonym stole. Nucił skoczną melodię i pocierał poplamioną szmatką tył sakwy jeździeckiej, pochylając nad nią siwiejącą głowę.

Na widok starego stajennego i stangreta w jednej osobie zmiękło jej serce. Hiriam pracował dla jej rodziny jeszcze wcześniej, niż Kizzie sięgała pamięcią.

– Twój głos zawsze działa na mnie uspokajająco.

Podniósł głowę i uśmiechnął się na jej widok, poklepując siedzenie wolnego krzesła.

– Panno Keziah, skąd panienka wiedziała, że tęskniłem dzisiaj za towarzystwem?

Opadła na skrzypiące krzesło i ułożyła szeroką spódnicę, marszcząc nos od zapachu terpentyny unoszącego się w powietrzu.

– Jestem zbyt skołowana, żeby odpocząć.

Jego zwinne ręce ani na chwilę nie przerywały pracy. Nie kryjąc ciekawości, podniósł na nią oczy.

– Skołowana? Czym się tak kłopocze najpiękniejsza panienka po tej stronie Missisipi?

Niczym… Wszystkim… Nie wiedziała nawet, jak poruszyć temat tego, co widziała i słyszała, gdyż po tym już nic nie było takie samo. Patrzyła na odciski na jego spracowanych rękach i myślała, jak wyglądało jego życie, zanim kupił go ojciec. Nigdy o tym nie mówił. Nigdy nie narzekał i gardziła sobą za to, że nie pytała.

– Zrozumiałam, że jestem bardzo samolubna.

Uniósł brwi.

– Panienka? Samolubna? – Pokręcił głową. – Jest panienka najmniej samolubną osobą, jaką znam.

Nic nie odpowiedziała, dalej patrzyła z przyjemnością na płynne ruchy jego rąk, wsłuchana w piwnicznej ciszy w spokojny oddech mężczyzny. Nie mogła jednak znieść tej niewiedzy. Ze zdziwieniem usłyszała nagle swój własny głos:

– Jakie było twoje życie?

Zamarł i zwrócił ku niej twarz, która wydawała się teraz jeszcze ciemniejsza.

– Co panienka ma na myśli?

Z trudem przełknęła ślinę.

– Zanim tu przybyłeś. Właśnie zdałam sobie sprawę, że nigdy cię o to nie pytałam. Skupiałam się wyłącznie na swoich potrzebach i głupich pragnieniach, a nigdy nie rozmawiałam z tobą o twoim życiu. Gdzie dorastałeś?

Wrócił do pracy.

– Miałem zwyczajne dzieciństwo – cedził słowa wolno, jakby każde z nich starannie ważył. – Nic, o czym warto mówić.

– Ale zawsze biły od ciebie taki spokój i opanowanie. Szkolono cię na stangreta?

W oczach błysnął mu strach.

– Dlaczego panienka zadaje te wszystkie pytania?

Znał ją aż za dobrze. Zawsze tak było.

Wbiła wzrok w porysowany stół.

– Byłam tylko ciekawa. To wszystko.

Mruknął coś pod nosem, odłożył sakwę i sięgnąwszy po następną, płynnymi ruchami wcierał w nią tłuszcz.

– O niektórych rzeczach lepiej zapomnieć.

„Zapomnieć”. Czy naprawdę zapomniał o tych „rzeczach”, czy zamknął je tylko gdzieś głęboko w sobie? Odmowa wynurzeń na temat przeszłości była dość znamienna. Uznała, że lepiej zmienić taktykę. Oparła podbródek na rękach, tak jak kiedyś, gdy była jeszcze dziewczynką w fartuszku, która przyglądała się jego pracy w tym samym warsztacie.

– A teraz? Jakie masz marzenia?

Hiriam zaśmiał się cicho.

– Żadnych marzeń, panienko.

Jego słowa tak bardzo przypominały jej to, co mówił Micah, że tylko zamrugała.

– Ale z pewnością jest coś, co chciałbyś zrobić, zanim skończy się twoje życie. Może chciałbyś odwiedzić jakieś miejsce albo spotkać się z rodziną?

Smutek wyrył głębokie zmarszczki na jego twarzy.

– Nie, panienko.

– Nie masz rodziny?

Znieruchomiał i patrzył długo w przestrzeń pustym wzrokiem, jakby o niej zapomniał. Wreszcie przemówił:

– Kiedyś miałem. Ale moją żonę i córkę sprzedano. Od tamtego czasu ich nie widziałem i nic o nich nie słyszałem. Nie wiem nawet, czy żyją, czy odeszły do Pana – dodał ochrypłym głosem.

– Przykro mi, nie wiedziałam.

Otrząsnął się ze smutku i lekko uśmiechnął.

– To nie wina panienki. Życie to chleb ze smutkiem, ale są w nim też dobre sprawy. Takie jak panienka. – Jego ciemne oczy błysnęły. – Widziałem, jak panienka wyrosła na piękną damę. Pan Montgomery pozwala mi doglądać koni, które podziwiam. Jestem zadowolony.

Skinęła głową, zmuszając się do uśmiechu, choć nie mogła pozbyć się wrażenia, że jej rodzina dopuściła się wielkiej niesprawiedliwości w stosunku do Hiriama i innych domowych niewolników. Jego zadowolenie zasługiwało na podziw. A może to była tylko rezygnacja? Czyżby wyrzeczenie się marzeń sprawiało mu mniejszy ból?

– Teraz niech panienka już idzie. Położy się. Odpocznie.

Wstała, lecz zanim odwróciła się do odejścia, rzuciła mu jeszcze proszące spojrzenie.

– Jesteś pewien, że nie chcesz mi opowiedzieć o swojej przeszłości? Naprawdę chętnie bym posłuchała.

Zmarszczył brwi i pokręcił głową.

– To nie jest dobry pomysł. Proszę już iść spać – powiedział smutno.

Unosząc skraj spódnicy, ruszyła z powrotem po schodach na górę, lecz zamiast pójść do pokoju, przemknęła się przez kuchnię i wyśliznęła na dwór. W powietrzu unosił się zapach irysów i żonkili. Zatrzymała się i oparła o balustradę, unosząc wzrok na cienki rożek księżyca otoczony mrugającymi gwiazdami. Pokiereszowane, udręczone ciało Amosa znowu nawiedziło jej myśli. „Niech jego cierpienie czegoś cię nauczy. Pamięć pozwoli ci na głębsze współczucie. Głębszą miłość do tych uwięzionych w ciemności”. Delikatna przestroga Micah wlała w nią świadomość celu. Czuła, że musi coś zrobić. Cokolwiek. Wpatrzona w księżyc, pozwoliła, by jego spokojny blask oświetlał jej twarz podczas modlitwy.

Boże Ojcze, chcę pomóc. Wybacz mi moją bezczynność. Nigdy dotąd nie widziałam tych wszystkich strasznych nieszczęść, jakie spotykają Twoje dzieci, odwracałam od nich głowę, gdyż mój dom był szczęśliwy. Ale to się skończyło. Chcę Ci służyć, wykorzystać wszystkie talenty i zdolności. Oddaję Ci swoje życie, Panie. Chcę wszystko zmienić. Pomóż mi to uczynić.

Wyryte w sercu

Подняться наверх