Читать книгу Król Tyru - Tomasz Białkowski - Страница 6

Оглавление

13 grudnia 2006, środa

W niewielkiej, zimnej celi umieszczono dwie wąskie metalowe prycze. Przepocone materace okrywały niedbale narzucone szare koce. Na jednej z prycz siedział młody, szczupły mężczyzna w jasnej koszuli i dżinsowych spodniach. Druga prycza była wolna. Samotny mieszkaniec celi nie miał butów. Najpewniej skrył je pod łóżkiem. Podobnie jak i skarpetki. Ale jemu nie było zimno w stopy. Nie czuł chłodu celi, wilgoci, którą nasączone były ponure mury. W tej chwili palił go jakiś niezwykły, wewnętrzny żar. Za okratowanym oknem ratuszowy zegar właśnie wybijał północ. Mężczyzna nie zamierzał spać. Zwrócony twarzą do księżyca wchodzącego w ostatnią kwadrę, szeptał wolno słowa Pisma:

– „A dusze sprawiedliwych są w ręku Boga

i nie dosięgnie ich męka.

Zdało się oczom głupich, że pomarli,

zejście ich poczytano za nieszczęście

i odejście od nas za unicestwienie,

a oni trwają w pokoju”.

Blond loki chłopaka opadały na czoło, zasłaniając błękitne oczy. Poprawiał je z jakąś niezwykłą powagą i dostojeństwem. Jego ruchy były pewne i stanowcze. Odsłaniał piękną twarz, a wtedy widać było rozedrgane mięśnie wokół kształtnych ust i kropelki potu na wysokim czole. W pewnej chwili wolno wstał z pryczy i badając opuszkami długich, zadbanych palców śliską ścianę, ruszył w kierunku drzwi. Nie one jednak były obiektem jego zainteresowania. Tuż przed ciężkimi, metalowymi drzwiami, po prawej stronie chłopak wymacał gniazdko kontaktu. Wsunął paznokcie pod obudowę i zdjął ją jednym ruchem. Niewielkie śrubki usunął za dnia przemyconym do celi pilniczkiem do paznokci. Teraz młodzieniec klęknął przy drzwiach i cichutko szepcząc słowa z Księgi, wolno odkręcał kolejne części gniazdka:

– „Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznalikaźni,

nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności.

Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich,

Bóg ich bowiem doświadczył

i znalazł ich godnymi siebie ”.

Po kilku minutach chłopak trzymał w delikatnych dłoniach lekkie, plastikowe gniazdko. Z czerni otworu w ścianie wystawały złowrogo dwa kable doprowadzające prąd. Więzień wrócił z niewielkim mechanizmem na swoją pryczę. Uważnie przyglądał się zdobyczy. Otarł rękawem koszuli pot, teraz nagle płynący obficie po skroniach. W świetle księżyca przystąpił do odkręcania od plastiku dwu błyszczących blaszek. Po chwili trzymał w mokrych i drżących palcach ostre niczym brzytwy kawałki metalu. Umieścił je w krawędziach drewnianego siedziska taboretu, wsuwając je w szpary. Ich zabójcze końcówki wystawały z drewna. Nie przestawał przez ten czas odmawiać modlitwy:

– „Doświadczył ich jak złoto w tyglu

i przyjął ich jak całopalną ofiarę.

W dzień nawiedzenia swego zajaśnieją

i rozbiegną się jak iskry po ściernisku.

Będą sądzić ludy, zapanują nad narodami,

a Pan królować będzie nad nimi na wieki”.

Samobójca ostatni raz spojrzał za okno. Zdjął koszulę. Jego piękne ciało lśniło od potu w świetle lodowatego księżyca. Ponury cień obejmował połowę celi. W jej oświetlonej części stanął teraz więzień. Skrzyżował ręce, pomasował przedramiona, jakby przygotowywał je do krwawego spektaklu. Następnie przyklęknął, docisnął nadgarstki do śmiertelnych noży i powoli rozpoczął nacinanie żył. Robił to z jakimś niezwykłym spokojem. Jak ktoś, kto wykonywał już tę czynność, a śmierć, która nadchodziła, nie była czymś straszliwym. Po chwili pojawiła się brunatna krew. Poczuł jej słodkawy zapach. Wtedy nieco głośniej powiedział:

– „Ci, którzy Mu zaufali, zrozumieją prawdę,wierni w miłości będą przy Nim trwali:łaska bowiem i miłosierdzie dla Jego wybranych.

A bezbożni poniosą karę stosownie do zamysłów,

bo wzgardzili sprawiedliwym i odstąpili od Pana:

nieszczęsny bowiem, kto mądrością gardzi i karnością”.

W śmiertelnym zapamiętaniu rozcinał żyły coraz bardziej. Ostrza tarły o kości nadgarstków. Krew wolno płynęła po dłoniach, siedzisku taboretu, kapała na wygładzone tysiącami kroków deski. Przy kolanach samobójcy utworzyła się spora kałuża. On jednak nie przestawał. Z jego wyschniętych ust płynęły kolejne wersy Księgi. Piękna twarz stawała się coraz bledsza, gasła, a ciało traciło równowagę. Mężczyzna upadł na bok. Resztkami sił wyszeptał ostatnie słowa:

– „Nadzieje ich płonne, wysiłki bezowocne,

bezużyteczne ich dzieła.

Żony ich głupie,

przewrotne ich dzieci,

przeklęty ich ród!”.

Król Tyru

Подняться наверх