Читать книгу Król Tyru - Tomasz Białkowski - Страница 8
Оглавление15 grudnia 2006, piątek
Paweł Werens wziął do ręki słuchawkę. Zastanawiał się jeszcze przez chwilę nad konsekwencjami podjętej właśnie decyzji. Machnął wreszcie drugą dłonią i wyszukał w pamięci bezprzewodowego telefonu numer, który pojawił się na wyświetlaczu trzy dni temu. Kiedy po chwili usłyszał szorstki, kobiecy głos, równie nieprzyjemnie powiedział:
- Tu mówi Werens. Dzwoniła pani do mnie we wtorek. No więc zgadzam się na spotkanie. Proszę powiedzieć gdzie mam przyjechać?
Godzinę później stał pod drzwiami dużego mieszkania w secesyjnej kamienicy na tyłach ratusza. W gruncie rzeczy był ciekaw, jak wygląda córka jego największego wroga. Próbował ją sobie wyobrazić, ale łapał się na tym, że w jego głowie powstaje twór o jakichś pokracznych rozmiarach, brzydki i ponury. Mój umysł wariuje, pomyślał. Zadzwonił kilka razy, ale nikt mu nie otworzył. Już miał zamiar odejść, kiedy uchyliły się skrzypiące, ciężkie drzwi i stanęła w nich wysoka kobieta. Ten rzekomy potwór miał całkiem atrakcyjną powierzchowność. Przed Pawłem stała kobieta po czterdziestce, ale równie dobrze mogła mieć więcej lat. Wątpliwości brały się stąd, że córka Montalto była kobietą bardzo zadbaną, o klasycznej urodzie. Jej piękną twarz, o regularnych rysach i niebieskich oczach, otulały kasztanowe, lśniące i gładkie włosy sięgające ramion. Sylwetkę miała wysportowaną, a kiedy wskazała mu dłonią wejście do salonu, w tym skromnym geście Werens dostrzegł jakąś niezwykłą, wewnętrzną siłę. Mijając ją, wyczuł zapach doskonałych perfum, które zapewne nie były tanie. Mieszkanie było wysokie, urządzone ze smakiem. Paweł, idąc długim korytarzem, ukradkiem zerkał na boki, patrzył na ciężkie, rzeźbione drzwi, za którymi kryły się kolejne pokoje. Jeżeli były chociażby w połowie tak obszerne jak salon, w którym się znaleźli, to łatwo było obliczyć, że całość apartamentu przekraczała grubo sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych. Córka Montalto wskazała mu wygodny, skórzany fotel. Sama usiadła na sąsiednim. Nie proponowała mu niczego do picia, co przyjął jako celowy afront. Ale nie zamierzał okazywać i że to zauważył. Z obojętną miną obrzucił wzrokiem ściany pokryte dziesiątkami większych i mniejszych obrazów, głównie portretów. Nie mogły należeć do rodziny Szuberta. Ten łotr miał plebejskie pochodzenie. Więc kto był na tych obrazach? Rodzina ze strony męża tej piękności? Możliwe. Ale równie dobrze mogła te płótna zakupić w sklepie z antykami. Teraz patrzył na córkę generała, która założyła nogę na nogę i niedbale poruszała czubkiem eleganckiego buta na wysokim obcasie. Dziwne obuwie jak na tę porę roku i miejsce. Podobnie jak i letnia, lekka sukienka z odkrytymi ramionami. Kobieta nosiła na szyi delikatną, ale efektowną biżuterię, która kontrastowała z nagimi, długimi palcami. Coś tu jest nie tak, pomyślał. Czyżby wariatka? To możliwe. Mając takiego tatusia łatwo oszaleć. Werens patrzył na gospodynię z coraz większym niepokojem. Ona zaś na chwilę jakby zapomniała o nim. Patrzyła gdzieś hen, za okno. Jej pełne wargi drżały, a w błyszczących oczach pojawiły się łzy. Tak mu się zdawało. W rzeczywistości mogło to być złudzenie, bo pomimo wczesnej pory za oknem robił się mrok, a oni coraz bardziej ginęli w szarości salonu. Wreszcie kobieta spojrzała na niego i głosem, który już poznał przez telefon, powiedziała wolno:
– Dziękuję, że znalazł pan czas na rozmowę ze mną. Przepraszam za okoliczności naszego spotkania. To pan robi mi uprzejmość, a w takiej sytuacji powinnam się dostosować do czasu i miejsca spotkania. Jeszcze raz pana…
– To nie był kłopot – Werens wszedł jej w słowo.
– Proszę tak nie mówić. Dobrze wiem, ile zła wyrządził panu mój ojciec. Domyślam się, co pan czuje, będąc w tym mieszkaniu. Tym większy mam dla pana podziw i szacunek. Naprawdę.– Powtarzam, to nie kłopot – jego głos był słaby, a słowa wypowiedziane bez przekonania. Chciał już przejść do sedna sprawy, czyli powodu, dla którego się znalazł w tym mieszkaniu. Córka Montalto jakby odgadła jego myśli, bo powiedziała:
– Panie Werens, mój ojciec, Jerzy Szubert, to na dzień dzisiejszy poszukiwany listem gończym przestępca. Kiedyś zajmował bardzo ważne stanowiska w państwie. Był wpływowy, ludzie się go bali. Niszczył każdego, kto stanął na jego drodze. Teraz to karykatura człowieka. Jego czas dobiega końca. Mam nadzieję, że piekło istnieje i trafi tam razem ze swoją krwiożerczą bandą. Tak, nie przesłyszał się pan. Mówię w ten sposób o własnym ojcu. Mój ojciec to przyczyna tragedii naszej rodziny. Zło, jakiego dokonał, wraca w różnej postaci pod ten dach każdego dnia. Proszę mi wierzyć. Cierpimy wszyscy…
– Wszyscy? Czyli kto?
– Zaraz do tego dojdziemy. Otóż, musi pan wiedzieć, że ze związku mojej matki, Anastazji Garde z Jerzym Szubertem przyszło na świat dwoje dzieci. Ja – Cecylia i mój młodszy brat Wiktor. Dzieciństwo spędziliśmy w Warszawie. Ojciec pracował w ministerstwie. Moja mama zajmowała się domem. Taki stan rzeczy trwał przez lata. Długo byłam przekonana, że to siedzenie mamy w czterech ścianach wynikało ze świadomie podjętej decyzji. Pamiętam ją leżącą w salonie na kanapie z książką w dłoniach. Spacery po Łazienkach, wystawy, na które zabierała nas regularnie. Podobnie jak do teatru i kina. To był świat idealny. Z gosposią i służbowym samochodem, który prowadził młody, przystojny kierowca. Byliśmy wtedy bardzo ważni i wpływowi, stanowiliśmy elitę otoczoną specjalną ochroną. Z niezliczonymi przywilejami i możliwościami. Jako dziecko zwiedziłam prawie całą Europę. Coś nieosiągalnego dla zwykłego obywatela, który nawet nie miał dostępu do paszportu. A jeżeli go zdobył, to zaraz po powrocie musiał zwrócić. Chodziliśmy do najlepszych szkół. Do domu odwoził nas kierowca ojca. Po maturze wysłano mnie na studia. Był to elitarny kierunek w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, teraz to Szkoła Główna Handlowa. Większość ministrów finansów to ludzie, którzy kończyli tę uczelnię. Balcerowicz, Kołodko, Huebner, Rosati…– Olechowski?