Читать книгу TERAZ ZAŚNIESZ - C.L.TYLOR - Страница 11
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 6
ОглавлениеAnna
OSIEM TYGODNI PO WYPADKU
Czwartek, 26 kwietnia
Czuję się jak balonik na sznurku unoszący się nad chodnikiem. Alex trzyma mnie za rękę, ale nie czuję dotyku jego palców. Nie czuję nic. Ani chodnika pod stopami, ani wiatru na twarzy, ani nawet własnego zmęczonego oddechu. Tony, mój ojczym, idzie przed nami; wiatr targa jego siwymi włosami, powiewają to w jedną, to w drugą stronę. Czarna marynarka Tony’ego jest zbyt opięta w ramionach, dlatego obciąga ją od czasu do czasu. Kiedy nie jest zajęty poprawianiem jej, ogląda się na mnie przez ramię.
– Wszystko dobrze? – pyta bezgłośnie.
Kiwam głową, chociaż mam wrażenie, że nie patrzy na mnie, ale przeze mnie, i zwraca się do kogoś za moimi plecami. Ledwie rozpoznałam kobietę, która rano patrzyła na mnie z lustra, kiedy wkładała białą bluzkę, szary kostium i czarne szpilki – wszystko leżące przed nią na łóżku. Wiedziałam, że kobieta w lustrze to ja, miałam jednak wrażenie, że patrzę na swoją fotografię z dzieciństwa. Widziałam podobieństwo w oczach, ustach, postawie, ale był między nami jakiś rozdźwięk. Zupełnie jakbym była i jednocześnie nie była sobą. Poprzedniej nocy prawie nie zmrużyłam oka. Podczas gdy skulony obok Alex pochrapywał cicho, tuląc się do poduszki, ja leżałam na plecach i gapiłam się w ciemny sufit. W końcu parę minut po trzeciej zasnęłam, ale nie spałam długo. Obudziłam się z krzykiem o piątej, dysząc i szarpiąc za kołdrę. Znowu śnił mi się szpital i przyglądająca mi się, pozbawiona twarzy osoba.
– Wszystko się ułoży, kochanie – uspokaja mnie mama, która drepcze obok mnie. Policzki ma zaróżowione, a cienka skóra wokół jej oczu pokryta jest siateczką zmarszczek. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, wzięła mnie za prawą rękę, a Alex za lewą. Czułam się jak dziecko, które zaraz oderwie się od ziemi, lecz zamiast radości czułam strach. W pewnym momencie mama pewnie mnie puściła, bo teraz ręce trzyma po bokach, a dłonie ma zaciśnięte w pięści.
– Anno. – Jej dłoń w rękawiczce muska rękaw mojej kurtki. – Tu nie chodzi o ciebie, skarbie. To nie ty jesteś sądzona. Jesteś świadkiem. Po prostu powiedz, co się stało.
„Po prostu powiedz”… Sędziemu, ławie przysięgłych, kierowcy ciężarówki, ludziom, prasie, rodzinom i przyjaciołom moich kolegów. Będę musiała stanąć przed nimi wszystkimi i przeżyć na nowo to, co wydarzyło się osiem tygodni temu. Gdybym nie czuła się taka odrętwiała, byłabym przerażona.
• • •
– Anno!
– Tutaj!
– Panie Laing!
– Panie Khan!
Hałas przytłacza mnie, jeszcze zanim zrobią to ciała. Gdziekolwiek spojrzę, widzę ludzi, którzy wyciągają szyje i ręce – niektórzy trzymają mikrofony, inni kamery – i krzyczą. Ojczym otacza mnie ramieniem i przyciąga do siebie.
– Zróbcie jej trochę miejsca! – Podnosi rękę i odpycha sprzed mojej twarzy kamerę. – Z drogi! Przepuśćcie nas, do cholery, kretyni!
Podczas gdy Tony toruje nam drogę, ja rozpaczliwie szukam wzrokiem mamy i Alexa, którzy utknęli w tłumie przy wejściu do sądu.
– Anno! Anno! – Blondynka po trzydziestce w różowej bluzeczce i czarnej puchowej kamizelce przeciska się w moją stronę i podtyka mi pod nos cyfrowy dyktafon. – Jesteś zadowolona z wyroku? Dwa lata i dwóch twoich kolegów nie żyje?
Patrzę na nią zbyt zszokowana, żeby cokolwiek powiedzieć, ona jednak nie przestaje mnie wypytywać.
– Wrócisz do pracy w Tornado Media? Przyszłaś tutaj ze swoim chłopakiem?
– Podobno nie możesz spać. To prawda? – dopytuje się inny głos.
Odwracam się, żeby zobaczyć, kto zadał to pytanie, ale za plecami mam morze ludzi – dziesiątki mężczyzn w garniturach, fotografów w dżinsach i kurtkach, ciemnowłosą kobietę w jaskrawoczerwonej kurtce, starszą siwą panią z trwałą ondulacją, moją mamę – z czerwonymi policzkami, wyraźnie zaniepokojoną – i stojącą nieco dalej chudą niespokojną sylwetkę mojego chłopaka.
Blondynka po prawej szturcha mnie.
– Anno, czy czujesz się w jakikolwiek sposób odpowiedzialna?
– Że co? – O dziwo, wśród całego tego zgiełku Tony usłyszał jej pytanie. Ktoś wpada na mnie, kiedy mój ojczym zatrzymuje się gwałtownie. – Że co, do cholery?!
Zupełnie jak w filmie, jakby ktoś włączył pauzę. Nagle tłum wokół nas milknie i zamiera w bezruchu.
Blondynka posyła Tony’emu cierpki uśmiech.
– Pan Willis, tak?
– Pan Fielding. A kto pyta?
– Anabelle Chance z „Evening Standard”. Właśnie pytałam pańską córkę, czy w jakikolwiek sposób czuje się odpowiedzialna za to, co się stało.
Skóra nad białym kołnierzykiem koszuli mojego ojczyma robi się purpurowa.
– Żartuje sobie pani? – Tony rozgląda się po twarzach otaczających nas ludzi. – Jak pani może?
– Tylko zapytałam, panie Fielding. Anno – dziennikarka próbuje wcisnąć mi do ręki wizytówkę – gdybyś chciała kiedyś porozmawiać, zadz…
Tony odpycha jej rękę.
– Przekroczyła pani granicę. A teraz niech się pani odsunie, zanim ja panią odsunę.
• • •
Mama i Alex otaczają nas jak tarcza ochronna, Alex obok mnie, a mama obok Tony’ego, i razem w pośpiechu oddalamy się od zgiełku i chaosu sali rozpraw.
– Masz chusteczkę, skarbie? – pyta mnie mama, kiedy docieramy do samochodu. – Tusz ci się rozmazał.
Dotykam dłonią policzków i zaskoczona odkrywam, że są wilgotne od łez.
– Tak, ja… – Sięgam do kieszeni żakietu i słyszę cichy szelest paczki chusteczek Kleenex. Ale oprócz nich moje palce natrafiają na coś jeszcze. Coś twardego o ostrych krawędziach. Nie pamiętam, żebym wkładała to do kieszeni rano, kiedy szykowałam się do wyjścia. To pocztówka. Niebieskie tło z białymi literami, które układają się w kształt sztyletu. Te, które tworzą czubek ostrza, są czerwone i pojedyncza kropla krwi skapuje na tytuł: Tragedia Makbeta.
– Co to? – pyta mama, kiedy obracam kartkę w palcach.
– Nie wiem. – Kręcę głową.
Na odwrocie dużymi, ozdobnymi literami napisano dwa słowa:
Dla Anny
Patrzę na mamę, na Tony’ego i Alexa.
– Ktoś z was włożył mi to do kieszeni?
Kiedy wszyscy zgodnie kręcą głowami, odwracam pocztówkę i czytam cytat:
Jak gdybym słyszał krzyk:
„Nigdy już odtąd nie zaśniesz!
Makbet morduje sen! – niewinny sen;
Sen, co potrafi rozwikłać splątaną
Nić każdej troski, sen, tę cowieczorną
Śmierć dziennych trudów, kąpiel dla znużonych
Mięśni i balsam dla zbolałych myśli,
To drugie danie na stole Natury,
Najposilniejszy składnik uczty życia…” 1
Pamiętam ten cytat z czasów, gdy przygotowując się do egzaminów, przerabialiśmy Makbeta. To Makbet opowiada Lady Makbet o potwornych rzeczach, które się dzieją po tym, jak zamordował króla Duncana.
– Anno? – pyta Alex. – Dobrze się czujesz? Strasznie zbladłaś.
Odwracam się w stronę gmachu sądu i kręcącego się przed wejściem tłumu pozbawionych twarzy ludzi.
– Ktoś włożył mi to do kieszeni.
– Chyba nie ta przeklęta dziennikarka, co? – odzywa się Tony. – Bo jeśli to ona, zadzwonię do jej szefa. Nie pozwolę, żeby cię nękała.
– Pokaż. – Alex zagląda mi przez ramię i patrzy na pocztówkę. – To cytat z Szekspira?
– Tak. Makbet opowiada żonie o głosie, który powiedział mu, że już nigdy nie zaśnie.
– To straszne. – Mama otula się ramionami. – Kto mógł ci podrzucić coś takiego?
– Daj mi to. – Tony wyjmuje mi z dłoni kartkę, drze ją na strzępy i ciska na ziemię. – Już. Po wszystkim. Więcej o niej nie myśl.
W drodze do domu nikt nie wspomina o tym ani słowem, ale cytat z pocztówki ciąży mi na umyśle.
1
William Szekspir, Makbet, przełożył Stanisław Barańczak.