Читать книгу Tchorosty i inne wy-tchnienia / Obudź się i śnij - Ian R. Macleod - Страница 20
Trzy
Оглавление– Proszę spocząć.
April Lamotte była pełna wdzięku i młoda na sposób dostępny wyłącznie zamożnym, dojrzałym kobietom. Miała na sobie bladozielony jedwabny kostium ze spodniami i chyba nic pod spodem. Była szczupła, prawie chuda – zdecydowanie nie w jego typie – i chodziła boso. Jej rude włosy, rozdzielone pośrodku przedziałkiem, lśniły. Kiedy wskazała Clarkowi miejsce na długiej sofie, zdążył już ocenić klientkę jako ostrą i zdeterminowaną sztukę.
Tyłek zapadł mu się głęboko w siedzisko, kolana wyskoczyły wysoko do góry.
April Lamotte wciąż jednak stała. Obracała na palcu złotą obrączkę i ucieszył się, widząc to nieznaczne świadectwo zdenerwowania.
– Zrobił pan, jak prosiłam? Przywiózł pan ze sobą list? I nikt nie ma pojęcia o pańskiej wizycie u mnie?
Skinął głową. Klienci często wpadali w obsesję na punkcie tajemniczości. Stwierdził w duchu, że nie ma powodu, by wspominać kobiecie o ochroniarzu, który zatrzymał go po drodze.
– W mojej pracy dyskrecja to absolutna podstawa, pani Lamotte.
– Jak pan zauważył, dałam wolne całej służbie. Z naszej rozmowy nie może wyjść na zewnątrz choćby jedno słowo. Nigdy. Rozumie pan? A teraz poproszę o list. Czy mogę? I kopertę...?
Przyglądał się jej, kiedy zapaliła dużą srebrną zapalniczkę, przytknęła papiery do płomyka i złożyła płonące, czerniejące resztki w masywnej kryształowej popielniczce. Patrząc na to, po raz kolejny zastanowił się, w jaki sposób list wraz z zachęcającym pięćdziesięciodolarowym banknotem trafił do jego skrytki pocztowej w Venice, skoro nie było na nim znaczka i stempla.
– Może – zaczął – mogłaby mi pani zdradzić parę szczegółów więcej. Najlepiej będzie, jeżeli zaczniemy od początku.
– Jestem bardziej niż świadoma natury pańskiej pracy, panie Gable. Nim zacznie pan zadawać niestosowne pytania, powinnam chyba powiedzieć, że nie chodzi mi o rozwód. Także mój mąż nie przeżywa romansu. Chociaż to w pewnym sensie mogłoby pomóc.
– Mówi pani, że wie, czym się zajmuję, pani Lamotte – odparł. – Myślę jednak, że powinna pani również wiedzieć, czego nie robię. Nie param się przemocą ani przymusem. Nie używam broni. Nie licząc mandatów za złe parkowanie, które reguluję zawsze terminowo, staram się nie łamać prawa. Mogę pomóc w zbieraniu dowodów, ale nie zajmuję się ich fabrykowaniem. Prawdę powiedziawszy, większość moich zleceń polega na tym, że sprawdzam, co robią wskazane mi osoby, a potem fotografuję to tak wyraźnie, jak tylko zdołam. Koszt moich usług to trzy dolary za godzinę.
April Lamotte wykonała drobny, lekceważący gest; nie poruszyła jej nawet potrojona stawka. Trudno było określić barwę oczu kobiety, aczkolwiek, gdyby Clark musiał zgadywać, postawiłby na zieleń. Na koniuszku nosa miała niewielkie wgłębienie, które na swój sposób wyglądało nawet atrakcyjnie. Po panującej na korytarzu jasności, przyćmione światło w salonie wydawało się dziwne. Wpadało zza półokrągłej, częściowo przesłoniętej zasłonami wnęki okiennej i pochwycone przez tak wiele mieniących się przedmiotów – wliczając w to tę odzianą w jedwab kobietę – nabierało specyficznej, własnej faktury. Zupełnie jak warstwa świeżej farby, połysk deski rozdzielczej delahaye’a czy emotyczna zjawa.
– Napije się pan? – Gospodyni przesypała kruszony lód ze srebrnego wiaderka do dzbanka z rżniętego szkła.
Clark, który zdążył się już zapaść w kanapę tak głęboko, że przybrał pozycję niemal embrionalną, spróbował wykonać gest, który powiedziałby jej, że zazwyczaj o tej porze nie pije, ale dla towarzystwa nie odmówi.
Nalała szybko i swobodnie. Z trudem wychylił się z siedziska i odebrał szklaneczkę, ciężką, zimną i kryształową. Na powierzchni płynu pływały drobinki czegoś, co mogło być miętą, ale w smaku okazało się tak lodowate i ostre, że nie dało się bliżej określić. Jak zwykle w kontaktach z klientami, zwrócił uwagę na sposób, w jaki April Lamotte pije. Krótki łyk i tyle. Nie była pijaczką.
– Mogę zapalić? – Postukał skrętem o papierośnicę.
Potaknęła i wyjęła z lakowego japońskiego pudełeczka własnego – jasnoniebieskiego – papierosa. Podzielili się płomieniem zapalniczki. Wypuściła z ust kłąb dymu. Na zewnątrz zamożną dolinę wypełniały ciche odgłosy poranka. Ptaki, pszczoły i odległe kosiarki do trawy ćwierkały, bzyczały i warczały. Coś w postaci stojącej, spowitej w blask jedwabiu April Lamotte, skojarzyło mu się z emotycznym widmem w korytarzu. Szybko odsunął od siebie tę myśl.
– A więc, panie Gable – podjęła – chcę, i zamierzam zapłacić za to wedle pańskich standardów iście królewsko, by zagrał pan mojego męża. Chcę, żeby stał się pan Danielem Lamotte’em.