Читать книгу Labirynty - Michał Cetnarowski - Страница 11
Dzień piąty
ОглавлениеIdziemy na zachód.
Coraz częściej przecinamy takie peryferia miast. Nigdy nie podjeżdżamy bliżej, jest rozkaz. Trzymamy się z dala od centrów.
Z jednego z nadkruszonych domostw otworzono do nas ogień. Jechaliśmy w otwarciu. Kule z maszynowej broni zakwiliły na grubym poszyciu maszyn jak niegroźne żądła, a potem, zanim zdążyliśmy zareagować, uniosły się wyżej. Mamy rannych, ale nie przerywamy marszu. Wieżyczki dwóch wozów miękko ustawiły się w pozycji, płynąc na żyroskopach. Kiedy huknęły strzały, prawie równocześnie, rwane odrzutem maszyny na chwilę aż stanęły w miejscu. O włazy zagrzechotał grad kamiennych odłamków. Beton bloku rozprysł się do wtóru potężnych eksplozji, po uliczce pomiotło dywanem gruzu. Nie zobaczyliśmy tego, kto otworzył ogień.
Dopiero w następnym mieście, betonowej pustyni, widzimy żywe stworzenie. Pies jest czarny i ledwo stoi. Kiedy maszyny przed nami nikną między hałdami, zatrzymujemy wóz. Kapitan długo myśli, a wreszcie wyskakuje po błotniku i staje na ziemi.
Łeb zwierzęcia prawie nie ma skóry. Pies stoi, trzęsąc się na wychudzonych łapach. Ropa wypełnia puste oczodoły i żółte bąble rozlewają się po obdartym ze skóry pysku. Chyba nie słyszy, inaczej by uciekł. A może nie. Wiemy, na co czeka. Poparzenia widać też na boku, tam, gdzie skórę napinają cienkie brzytwy żeber. Czarna sierść jest zlepiona brudem i wyłazi plackami.
Dowódca długo myśli i spogląda na nas. Silnik chodzi miarowo. Za nami nikt nie jedzie. Patrzymy na dowódcę i spoglądamy na siebie. Bolą nas głowy i pod powiekami zapalają się ognie, jakby ktoś gasił na źrenicy kolejny niedopałek. Dowódca wyciąga RAK-a i przestawia go na ogień pojedynczy.
Długo mierzy.
Patrzymy na dowódcę. Odwraca wzrok. Strzela.
Głośnik łączności zewnętrznej w jego hełmofonie musi odzywać się teraz zgiełkiem zapytań, ale nie widzimy, żeby coś odpowiadał. Nasze laryngofony też milczą. Wtedy je dostrzegamy.
Za krótkim murkiem, złamanym w połowie, półleży dziecko. Myślimy o tym, czy ślepy pies próbował je bronić. Wokół nie ma nikogo. Dziecko usiłuje usiąść, a my zastanawiamy się, czy mogło usłyszeć strzał. Ze spalonej twarzy odchodzą płaty skóry, naga czaszka pozbawiona jest włosów i widać na niej bąble poparzeń.
Dziecko nie ma siły, żeby się podnieść. Półsiedząc, wyciąga przed siebie dłoń, jak ociemniały szukający oparcia. Jedno z ramionek zwisa krzywo i nienaturalnie odkształca się przy słabych ruchach.
Dowódca też je dostrzega. Podchodzi.
Patrzymy na dowódcę. Widzimy jego twarz.
Długo trwa cisza. A potem strzał.
Odjeżdżamy, startując nieco zbyt gwałtownie, żeby dogonić kolumnę i wyrównać szyk. Kokpitem kołysze. Bolą nas głowy i chce nam się rzygać. Powieki obrzmiewają coraz bardziej i palą jak piekło.
Echo wystrzału obija się o puste wąwozy poprzekrzywianych ścian.