Читать книгу Labirynty - Michał Cetnarowski - Страница 9
Dzień trzeci
ОглавлениеIdziemy na zachód.
DPS w naszym wozie zapalał się coraz częściej, więc dowódca wreszcie kazał go wyłączyć. „Zepsuty”. Pokiwaliśmy głowami, niepewnie popatrując na siebie. Po długiej jeździe w burej szarówce, która teraz utrzymuje się przez cały dzień, kazał nam wziąć po tabletce z IPR-ów. Otworzyliśmy włazy. Kiedy czekaliśmy, by wyrównać szyk, długo przez lornetkę obserwował horyzont.
Tam, gdzie można, jedziemy drogami. Czasem asfalt jest zerwany i poryty na długości wielu kilometrów, a wtedy zjeżdżamy w pola i jeśli można, rozciągamy szyk. Przejeżdżając przez wyburzoną, zgruchotaną wybuchami bomb wieś, mijamy mały zagajnik, w którym kikuty drzew są połamane i wypalone do czarnej sadzy, jakby w polu ktoś zatknął grube i krótkie pale.
Coraz częściej dostrzegamy ognie na linii horyzontu. Czasem zmieniamy kurs i omijamy je szerokim łukiem, a wtedy widać tylko wielkie tuby dymu, jak nieruchome filary, bijące w brudne niebo. Czasem nie zmieniamy marszruty. Łuny chorobliwie pomarańczowym światłem podpalają wtedy horyzont, niebezpiecznie blisko, a potem znikają za nami, do wtóru jazgotu silników.
Jest zimno. Kiedy kolumna zatrzymuje się na postój, prawie nie rozpinamy czarnych kombinezonów. Włosy pod hełmofonami lepią się do skóry, ale kiedy wychodzimy, mając chwilę przerwy, chłód momentalnie wkrada się pod zamki. Podczas jednego z postojów, który zrobiliśmy na opustoszałym posterunku, nielicznych, bo rozkaz utrzymania tempa jest wyraźny, słyszymy, jak nagle coś łupie głucho, raz i drugi, ale nic nie widać. Chodząc pomiędzy maszynami, pod podeszwami butów czujemy ucisk rozrzuconych w nieładzie karabinowych łusek. A potem, kiedy już dojadamy konserwy i wsiadamy do maszyn, dopiero wtedy, po prawej nagle wykwitają dwa pióropusze dymu. Jeden z nich rozbłyska zaraz w ciszy jasnymi iskierkami i prosty słup plącze się w rozłożystą koronę siwych kłębów dymu i ognia. Dopiero wtedy słychać odległe eksplozje.
Ruszamy, roztrącając zastawiające drogę wypalone wraki wojskowych samochodów. Ciemne okna budynków strażniczych mają wybite szyby i są okopcone. A kiedy wyjeżdżamy już za chroniące nas dotąd zabudowania, widzimy ich.
Zwalniamy. I tak nie można poruszać się szybciej, cała kompania, według rozkazów, ma na tym odcinku nie zjeżdżać z szosy. Jeden z naszych, saper, z doczepionym trałem, jedzie wolno na przedzie i oczyszcza drogę. Co jakiś czas słychać tąpnięcie rozjeżdżanej miny. Zatrzymujemy się i czekamy.
Stoją w polu, na ziemi niczyjej. Za plecami, już tylko dymiąc, dopala się pusta skorupa czołgu. Widzieliśmy ją już wcześniej. Jeden z naszych.
Stoją we trójkę. Dowódca najpierw długo patrzy przez lornetkę, a potem, łamiąc ciszę radiową, przez chwilę mówi coś do laryngofonu przełączonego na kanał zewnętrzny. Spoglądamy na siebie. Bez lornetki nie widać wyraźnie kształtów na tle dymu. Ci przed nami też wysuwają się z maszyny, a po chwili ich DSzK obraca się płynnie na wieżyczce i zaczyna strzelać. Mimo hełmofonów, wyraźnie słychać metaliczny jazgot.
Ziemia pod ich stopami gotuje się, ale stoją dalej. Kiedy ogień cichnie, dowódca jest blady. Trzy postacie odwracają się i odchodzą, znikając za wrakiem.
To choroba, tak się dzieje, kiedy spadną bomby, szepcze dowódca, jakby mówił do siebie. Choroba… Myślimy o ich niewyraźnym kształcie. Spoglądając na siebie, kiwamy niepewnie głowami.
Od przodu słychać coraz rzadsze piekło wybuchów. Trał czyści drogę. Kolumna rusza dalej.