Читать книгу Dziewczyna bez skóry - Mads Peder Nordbo - Страница 10
3
ОглавлениеŚwiatło słoneczne odbijające się od lodu było tak ostre, że Matthew z trudem otworzył oczy, gdy wyszedł z helikoptera i schodził po metalowych schodkach, które rozłożyły się pod jego stopami.
Wokół nich rozciągał się świat tak intensywnie biały, że nigdy wcześniej nic nie poraziło go w tak przeszywający sposób jak to wszechobecne oślepiające światło.
Magiczną atmosferę zakłócało jednak monotonnie obracające się śmigło, które ciężkimi ruchami bez ustanku cięło powietrze na kawałki tuż ponad ich głowami.
Jeden z mężczyzn stojących na lodzie dał pilotowi znak i chwilę później obroty śmigła stały się wolniejsze. Hałas silnika maszyny przeobraził się w szmer przypominający turbinę, aż wreszcie najbardziej skrajny odcinek lądolodu pogrążył się w głębokiej ciszy.
Oprócz nich helikopterem przyleciało trzech mężczyzn oraz kobieta. Wszyscy pochodzili z Danii, ale – o ile Matthew dobrze zrozumiał – pracowali na Uniwersytecie Grenlandzkim. Z wyjątkiem jednego, zatrudnionego w muzeum, tym, w którym Matthew oglądał mumie Inuitów.
– Cześć, jesteś z gazety?
Matthew spostrzegł lokalnego policjanta, który w przeciwieństwie do grupy z helikoptera wyglądem przypominał Grenlandczyka.
Fotograf też był Inuitą. Miał na imię Malik. Odkąd wysiadł z helikoptera, nieprzerwanie skakał między zwałami lodu i skałami. Był jednym z nielicznych pracowników redakcji, z którymi Matthew dobrze się dogadywał.
– Tak – odparł krótko Matthew, wciąż mrużąc oczy. – Mam napisać o mężczyźnie, którego tutaj znaleziono. – Instynktownie potarł miejsce po obrączce; już jej nie nosił. Palec serdeczny prawej dłoni powoli znikał w delikatnym uchwycie trzech palców lewej ręki, ułożonych tak, jakby ściągały i na powrót zakładały obrączkę, obecnie będącą niczym więcej niż wspomnieniem zakodowanym na skórze.
Policjant skinął głową.
– Wciąż tam leży, ale nie dlatego pytałem.
– O co w takim razie chodzi?
– Nie możecie go dotykać, ale z tym pewnie się liczyłeś. – Zwrócił się w stronę Malika. – A ty nie będziesz podchodził za blisko, jasne?
– Czy to nie wszystko jedno?! – wykrzyknął Malik. – Przecież jest zamrożony na amen!
Policjant wzruszył ramionami i wskazał głową grupę naukowców z helikoptera.
– To oni decydują.
– Ale wolno nam robić zdjęcia i pisać o tym, prawda? – zapytał Matthew, próbując przyciągnąć uwagę policjanta w nadziei, że usłyszą go pozostali i zawołają, żeby podeszli bliżej. – Przecież to prawdziwa sensacja. Musimy ją rozgłosić we własnej gazecie, zanim zjawią się inni, którzy skupią na sobie całą uwagę. Ta historia rozniesie się na cały świat.
Zauważył, że jego słowa zainteresowały młodego funkcjonariusza.
– Może moglibyśmy zacząć od zrobienia ci kilku zdjęć obok helikoptera i obok mumii? – Matthew popatrzył pytająco na policjanta. – Jak się nazywasz? Bo zapomniałem… Zależy mi, żeby w artykule nie było błędu. Przecież ukaże się też po angielsku.
Policjant przygryzł wargę, ale skinął głową.
– Ulrik Heilmann. Przez podwójne „n”. – Wskazał nieznacznie ręką w stronę Malika. – Chodziłem z nim do szkoły.
– Dobrze, zatem przez podwójne „n” – powtórzył Matthew i podobnie jak policjant odwrócił się do Malika. – Zrobisz kilka zdjęć Ulrikowi, żebyśmy mieli coś do gazety?
Malik spojrzał na niego z uniesionymi brwiami, po czym przeniósł wzrok na Urlika.
– Czy nie mieliśmy…?
– Tak, tak, ale najpierw skupmy się na podstawowej historii – wtrącił szybko Matthew. – To ważne, żebyśmy o wszystkim napisali.
Zanim Malik zdążył powiedzieć coś więcej, Matthew ponownie zwrócił się do Ulrika:
– Mam napisać, że to ty go znalazłeś?
– No nie wiem. Najpierw dostrzegli go jacyś myśliwi i skontaktowali się z komendą, więc to oni go znaleźli.
Matthew się rozejrzał.
– Już ich tu nie ma?
Ulrik potwierdził z szeroko otwartymi oczami.
– Nie ma. Jechali wzdłuż lodu w poszukiwaniu reniferów. Enok się żeni i chcą zastrzelić rena na wesele.
– Enok? – powtórzył pytająco Matthew.
– Kuzyn jednego z nich – wyjaśnił Ulrik. – Nieważne. Po prostu musieli jechać dalej.
– Nie ma tu zbyt wielu renów – szepnął Malik do Matthew. – Ale może natkną się na jakiegoś zabłąkanego piżmowoła.
Matthew spojrzał na Ulrika.
– Najlepiej będzie, jeśli napiszemy, że to ty go znalazłeś, ale po otrzymaniu wskazówek od grupy myśliwych. To twoje nazwisko powinno się znaleźć w artykule, bo kiedy zaczną dzwonić z zagranicy, łatwiej będzie znaleźć ciebie niż… – Matthew obrócił się w stronę fiordów i gór – trzech myśliwych gdzieś tam.
Malik wycelował obiektyw w coraz szerzej uśmiechającego się policjanta. Potem skinął głową z podziękowaniem i zwrócił uwagę na grupkę naukowców oraz pracownika muzeum, którzy właśnie zebrali się wokół długiego brązowego worka uszytego z porośniętej włosiem starej skóry.
Matthew wyciągał szyję, ale nie był w stanie dojrzeć niczego poza brązowym futrem. Jego myśli krążyły wokół przeróżnych nagłówków po duńsku i angielsku, a także dziennikarzy z całego świata, którzy być może wkrótce zaczną go oblegać.
Zaczął stąpać po lśniącym śnieżnym dywanie, który wydawał się zbity, ale stopy zapadały się w nim z każdym krokiem. Słońce grzało mocno, czuł, jak piecze go skóra na twarzy. Śnieg na powierzchni wyglądał na gąbczasty i gruboziarnisty – był to tak zwany letni śnieg, który z każdym centymetrem w głąb stawał się coraz gęstszy i bardziej zbity. Tyle mniej więcej wiedział o powstawaniu lodowców. Na samym dole panowało tak duże ciśnienie, że sprasowany śnieg przeobrażał się w lód – gruby, ciągnący się wiele kilometrów – który przez lata zmienił postać z mętnej na przejrzystą niczym najczystszy kryształ.
Matthew oderwał wzrok od ziemi. Niedaleko od nich w pokrywie lodowej widniała ziejąca ciemnością szczelina.
– Znaleźliście go tam, w dole? – zapytał, patrząc na Ulrika.
Ulrik potwierdził z uśmiechem, ale po chwili jego twarz trochę sposępniała.
– Mówią, że powinienem był go tam pozostawić, aby mogli całkowicie zabezpieczyć znalezisko, ale myśleliśmy, że to jakiś zaginiony łowca albo coś podobnego.
Matthew się uśmiechnął.
– Nie mogłeś tego wiedzieć, na pewno to rozumieją.
Ulrik wzruszył ramionami.
– Nie wiem, być może. Dopiero po wniesieniu go tutaj zauważyłem, że jego cera jest zupełnie pożółkła, a tkanki twarzy i stóp wyschnięte na wiór, zupełnie jak naciągnięta skóra, która przez długi czas wisiała na wietrze. – Rozpiął czarną kurtkę mundurową, zdjął ją i przewiesił przez ramię.
– Stopy? – powtórzył Matthew. – Ma bose stopy? – Jego oczy znów na próżno wpatrywały się w naukowców.
Ulrik pociągnął nosem krótko, ale głośno, i uniósł brwi.
– Tak, nie widziałem go w całości, ale sądzę, że pod tą skórą jest zupełnie nagi, tyle że jest do niego przytwierdzona. Mam na myśli skórę. No wiesz, jakby zrosła się z jego własną. – Zmarszczył nos. – Musiał tam leżeć cholernie długo.
– Jeśli to potomek wikingów, to co najmniej sześćset lat – stwierdził Matthew.
Ulrik pokiwał głową.
– Nie pamiętam, kiedy dokładnie tu mieszkali.
– Ale tamci uważają, że to jeden z wikingów?
– Tak mi w każdym razie powiedziano. Raczej nic nie wskazuje na to, by ciało pochodziło w późniejszych czasów albo miało coś wspólnego ze zbrodnią, mimo to na wszelki wypadek wystąpiono o sprowadzenie z Danii patologa i policyjnego technika. Przyjadą chyba w przyszłym tygodniu. Do tego czasu mamy jedynie zabezpieczyć teren. – Wskazał głową na naukowców. – Tylko im pozwolono obejrzeć mumię.
– To będzie wielka sensacja – oznajmił Matthew. – BBC, NBC, „National Geographic”, „Time”. Cała ta zgraja. Myślisz, że będziemy mogli podejść do niego choć na chwilę?
Ulrik znów skinął głową. Krótko.
– Zapytam ich, ile udało im się zrobić. W tym czasie możecie zajrzeć do szczeliny. Ale uwaga! – Uchwycił spojrzenie Malika. – Uważajcie na siebie, dobra? Nie mam najmniejszej ochoty akurat teraz przewozić was helikopterem do Sana4.
– Stajesz się coraz bardziej pierdołowaty – oświadczył Malik ze śmiechem. – Ani się obejrzysz, a dzięki Lyberthowi zostaniesz wybrany do Inatsisartut5, a wtedy odczujesz to na własnej skórze. Za rok będziesz tak samo wysuszony i pomarszczony jak ta mumia. – Malik obrócił się twarzą do Matthew. – W nadchodzących wyborach Ulrik kandyduje z listy Siumut, z poparciem Jørgena Emila Lybertha, więc zapewne właśnie patrzymy na przyszłego ministra przyrody, środowiska i sprawiedliwości, albo czegoś w tym stylu.
– Gadaj zdrów – mruknął Ulrik, nie potrafił jednak całkiem ukryć uśmiechu. Na policzki wstąpił mu rumieniec zdradzający poczucie dumy. – Niech najpierw będą wybory, ilaa? Od ostatnich upłynęło zaledwie szesnaście miesięcy.
– Będą, a jakże, a ty na pewno się dostaniesz. Lyberth położył na stołku kartkę z twoim nazwiskiem.
Ulrik pokręcił głową.
– Same kartki raczej nie wystarczą.
– Wprost przeciwnie. – Malik uniósł brwi. – Ej… i pamiętaj, że jeśli będziecie potrzebowali fotografa, to jestem chętny.
– Uważajcie na siebie tam, w dole, okej?
– Ależ mój drogi, na pewno będziemy ostrożni. Znasz mnie przecież.
– Właśnie o to chodzi.
Malik z rezygnacją wzniósł oczy do nieba.
– Nigdy mi nie wybaczy, że kiedyś wypłynąłem na krze lodowej na otwarte morze i musieli zaangażować kilka helikopterów, żeby mnie odnaleźć. – Rozłożył energicznie ręce. – Ale, niech to diabli, tego dnia było tak bajeczne światło.