Читать книгу Prawda - Melanie Raabe - Страница 13
Lato 2008
ОглавлениеMoment bezpośrednio przed, pomyślał, chwila, gdy już wiadomo, co się zdarzy, a kiedy jednak nic się jeszcze nie wydarza. Ten moment jest wszystkim.
To wyglądało jak jeden z tych płynnych ruchów, taką swobodę, pozornie pozbawioną wysiłku, baletnice osiągają dopiero po latach ćwiczeń – a jednocześnie było to całkowicie spontaniczne. Jakby w tajemnej zmowie, do której nie potrzeba żadnych słów, zaczęli przechylać głowy, on swoją jasnowłosą w jedną, ona swoją pokrytą ciemnymi lokami w drugą. A potem ich usta się spotkały.
To był ich pierwszy pocałunek, widział to od razu. Podniecenie wibrujące między tymi dwojgiem można było wręcz wyczuć w powietrzu.
Zdziwi go miękkość jej warg, pomyślał Philipp, obserwując kątem oka siedzącą naprzeciwko parkę. Za każdym razem, gdy całuje się kobietę po raz pierwszy, pojawia się to zdziwienie, jak miękkie są jej wargi. Nieważne, jak wiele kobiet się już całowało, to zdumiewa za każdym razem.
Dla tych dwojga na świecie nie było nikogo innego, nie istniała poczekalnia pełna ludzi kierujących w ich stronę ciekawe spojrzenia, nie istniał terminal, nie istniało lotnisko, nie istniał Hamburg, kraj, cały świat – tylko oni dwoje, wilgotne ciepło, oddech, wargi. Spełnienie, nieważkość.
Naturalnie to wszystko to jedynie biochemiczne procesy, w zasadzie sprawdzali tylko instynktownie poprzez wymianę śliny, na ile kompatybilne są ich geny, całowanie się nie jest niczym więcej, wszystko inne to ezoteryka i puste słowa, pomyślał Philipp i wreszcie odwrócił od nich wzrok. Momentalnie otaczający go lotniskowy gwar wzmógł się, jakby ktoś gwałtownie podkręcił głośność. Stłumione rozmowy, komunikaty z głośników, postukiwanie obcasów, dzwonki telefonów i śmiech znowu trafiały nieprzefiltrowane wprost do jego uszu. Philipp podniósł się ze swojego siedzenia w poczekalni przy lotniskowej bramce i przespacerował parę kroków.
Dzisiaj jest mój jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąty piąty dzień na Ziemi, pomyślał. Budzić się jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąt pięć razy. Otwierać oczy, zawsze z tym samym pytaniem w tyle głowy: jaki będzie ten dzisiejszy dzień? Potem przeżywać go od początku do końca i znowu kłaść się spać. Po raz jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąty piąty leżeć i śnić.
Od kiedy jeden z jego przyjaciół z czasów młodości postanowił uczcić zamiast urodzin swój jedenaście tysięcy sto jedenasty dzień na Ziemi, Philipp podliczał od czasu do czasu swoje dni.
Patrzył na startujące i lądujące samoloty i zastanawiał się, na jakim jest etapie. Od zawsze przywiązywał wielką wagę do sporządzania bilansów.
Miał względnie szczęśliwe dzieciństwo, myślał. Nastoletniość przeżyłem bez większych katastrof. Byłem siedem razy zakochany, zanim poznałem moją żonę. Studiowałem ekonomikę przedsiębiorstw. Pochowałem ojca. Ożeniłem się, spłodziłem syna. Kieruję dużym przedsiębiorstwem, robię to dobrze.
Spełnione życie.
Ale to przecież nie wszystko, myślał. Zrobiłem coś jeszcze.
Philipp przeczesał włosy dłonią, zatęsknił nagle za papierosem, chociaż od lat już nie palił.
Kupił paczkę i przyłączył się do tłumku niemych postaci w pomieszczeniu dla palaczy.
Nie mógł przestać myśleć o pożegnaniu z Sarah.
Znowu jej nie powiedział. Pił kawę i przyglądał się dziecku, które chwiejnymi kroczkami wędrowało z pomocą Sarah po kuchni, na swoich tłuściutkich nóżkach, na których widok starsze panie piszczały z zachwytu. Obserwował, jak prawie się przewróciło, potknąwszy się o krawędź kremowego dywanu, złapało na powrót równowagę i parło dalej. Przyszło mu na moment do głowy, jaki to cud mieć żonę i zdrowe dziecko i że powinien czuć wdzięczność, ale jak większość jaśniejszych emocji, ta też jakoś nie chciała zagościć na dłużej.
To kara, pomyślał. Wiedziałem, że w jakiś sposób zostanę ukarany za to, co zrobiłem, i to jest ta kara.
Sarah się odwróciła, jakby poczuła na plecach jego spojrzenie, uśmiechnęła się z trudem.
Zapytaj mnie, pomyślał. Zapytaj, czy wszystko u mnie okej. Co u mnie słychać, zapytaj o cokolwiek. Zadaj mi któreś z tych głupich pytań, które mnie kiedyś zawsze tak denerwowały.
Ale Sarah milczała. Znowu. Zajęła się dzieckiem i nie patrzyła już na niego. Na jej długich rozpuszczonych włosach widać było jeszcze ślad po gumce, którą związane były na noc. Tak chętnie by ich dotknął, jej włosów. Na stole stały kolorowe kwiaty, jaskry, o ile się nie mylił, jedyny barwny akcent w tym monochromatycznym wnętrzu. Cały dom był tak straszliwie kremowy, wcześniej nie rzucało mu się to w oczy. Jakby coś się pojawiło i wyssało kolor ze wszystkich przedmiotów. Długo nic nie zmieniali w tym domu, urządzonym przez jego matkę według jej własnego gustu, z respektu dla Constanze, która po przeprowadzce do mniejszego, dostosowanego do potrzeb osób starszych mieszkania wpraszała się regularnie na herbatę i narzekała na każdą najmniejszą zmianę w „jej” domu. Później po prostu dali za wygraną, urządzili się jakoś pośród tego hanzeatyckiego chłodu, pośród tej wytworności w kremowym kolorze, która pasowała do Constanze, ale nie do niego – a do jego stąpającej twardo po ziemi żony, która kochała intensywne barwy, już w ogóle. Beżowe tapicerowane meble, dużo starego drewna, na ścianach oprawione w ramy sztychy z motywami marynistycznymi.
Kwiaty, które Sarah tydzień w tydzień przynosiła z rynku, były jedynym elementem nadającym tym wnętrzom odrobinę koloru.
Dziwił się, że ona ciągle ma jeszcze czas na takie drobiazgi. Na tę piękną, bezsensowną aktywność. Kupowanie kwiatów. Przycinanie ich, układanie w wazonie. Ale prawdopodobnie to właśnie te drobne, na pozór pozbawione sensu czynności sprawiały, że Sarah zachowywała równowagę.
Z zewnątrz wszystko wyglądało jak zawsze, rzeczy utraciły jednak swoją oczywistość, po tej… po tej sprawie. Nie wiedział, co robić. Nie wiedział, jak pogłaskać żonę po włosach, jak pocałować ją na pożegnanie, nie wiedział, jak ma się bawić ze swoim rocznym dzieckiem, czasami nie wiedział nawet, jak wziąć i wypuścić oddech. Zadawał sobie pytanie, kiedy to się zaczęło, że rzeczy zaczęły tak zupełnie wymykać się spod kontroli. Czy naprawdę dopiero wtedy, tej jednej brzemiennej w skutki nocy? A może już wcześniej?
Przy pożegnaniu Philipp toczył wewnętrzną walkę.
Czy ma jej powiedzieć? Zmagał się z tym dylematem. Obserwował wskazówki kuchennego zegara posuwające się w swojej żmudnej wędrówce, tak długo, aż było już za późno, by rozpoczynać rozmowę. Pocałował Sarah w czoło i ruszył ku wyjściu.
Sarah miała w zwyczaju towarzyszyć mu do drzwi i odprowadzać wzrokiem, zawsze gdy wyruszał w dłuższą podróż. Tyle razy stała w drzwiach i machała mu na pożegnanie tak długo, aż zniknął jej z oczu. Wsiadając do samochodu, czuł jej wzrok na plecach. Widział we wstecznym lusterku, jak stawała się coraz mniejsza i mniejsza, w miarę jak się oddalał. Początkowo wydawało mu się to takie słodkie, później stało mu się to obojętne, w pewnym momencie wręcz idiotyczne, wreszcie przestał to w ogóle widzieć. Ale tego dnia ten rytuał sprawiał mu radość. Oznaczał, że ona kocha go jeszcze, a miał już teraz świadomość, że to nie jest oczywiste.
I zdawało mu się wtedy – przed tą krótką podróżą służbową, która miała okazać się bardzo wyczerpująca – że tak dobrze jest wiedzieć, co teraz nastąpi. Ten drobny, czuły gest, który mówił: nieważne, jak wiele padło między nami złych słów, ile napsuła Constanze, to wszystko, co się stało, nie ma żadnego znaczenia, bo nasz związek ciągle funkcjonuje. Za to jestem wdzięczny, pomyślał wtedy i poczuł radość, uświadomiwszy sobie, że wciąż jeszcze jest zdolny do takich uczuć.
Przekroczył próg, czuł na plecach wzrok Sarah, jak zawsze, i postanowił, że tym razem zrobi coś, czego nigdy wcześniej nie robił, bo zawsze wydawało mu się to trochę głupie. Postanowił, że wsiądzie jak zawsze do swojego mercedesa, jak zawsze włączy silnik, ruszy jak zawsze – a potem opuści szybę i też pomacha Sarah. I ona to zobaczy i będzie wiedzieć, że on ją jeszcze kocha. I ona się wtedy uśmiechnie. I ten uśmiech nie będzie wymuszony. Jak kiedyś.
Philipp zszedł po schodach, odwrócił się do niej, uśmiechając się – i zdążył jeszcze zobaczyć, jak Sarah zamyka za sobą drzwi i znika wewnątrz domu. Tak po prostu. Żadnego machania, żadnej Sarah. Żadnego rytuału. Żadnej pociechy. Tylko śnieżnobiałe drzwi z numerem 11.
Pokonując kolejne stopnie prowadzące na ulicę, czuł już w powietrzu jesień – zapach pierwszego mrozu i gnijących liści – tak jak koty, które podobno wyczuwają, kiedy do łóżka ciężko chorego człowieka zbliża się śmierć. Gdy jechał samochodem na lotnisko, zaczęło padać. Deszcz złączył niebo i ziemię szarymi sznurami, grubymi jak pręty krat.
Philipp zgasił papierosa, od którego zrobiło mu się niedobrze, i usiadł znowu w poczekalni przy bramce, tym razem możliwie daleko od tamtej zakochanej pary. Większość obciągniętych sztuczną skórą siedzeń zajmowali biznesmeni, szarzy panowie jak on, piszący coś na swoich laptopach albo komórkach. Pomiędzy nimi tu i ówdzie kilku obligatoryjnych turystów, którzy byli jak barwne, egzotyczne ptaki.
Wcześniej, szukając biletu, zauważył, że Sarah włożyła mu do torby jabłko. Nie wiedział, czy go to cieszy, czy irytuje. Gdyby chciał zabrać ze sobą jabłko, to sam by je spakował. Dziwaczna mieszanka przesadnej, natarczywej troski i chłodu. Co to ma znaczyć?
Przyglądał się ludziom przemierzającym w pośpiechu budynek lotniska, każdy szedł na spotkanie swojego własnego, niepewnego losu. Myśl, że wolna wola jest tylko iluzją, że porusza się przez życie nie swobodnie, lecz jakby po szynach, które zupełnie bez jego udziału kierują go raz w tę, raz we w tę, powróciła ze szczególną mocą, jak często ostatnio. Nie mógł wybrać, którą drogą na rozstajach pójdzie, czy zdecyduje się na prawdę, czy na fałsz, wielkość czy nikczemność, miłość czy nienawiść. Wszystko, co mógł zrobić, to trzymać się poręczy, gdy pociąg bierze gwałtowny zakręt, wystawić głowę za okno i delektować się pędem powietrza, jeśli odcinek podróży na to pozwala. Wszystko zmierzało w stronę nieuniknionego, dawno ustalonego celu. On, Sarah, Leo, wszystko, każdy.
Nigdy wcześniej nie zaprzątał sobie głowy takimi myślami, to wszystko zaczęło się dopiero w tę jedną, przeklętą noc. Ale może się oszukiwał. Może wszystko zaczęło się już dużo wcześniej. Przywoływał w pamięci całą sytuację, jak tyle razy w ostatnich miesiącach, krok po kroku, i jak zawsze czuł się obezwładniony biegiem wypadków. Jakby zderzył się z rozpędzonym pociągiem. Pociągiem, którego w żaden sposób nie można było zatrzymać. W swoich wspomnieniach nie odnajdywał ani jednego momentu, w którym mógł postąpić inaczej, niż postąpił. Kiedy ten pociąg ruszył? Tego fatalnego wieczora, który spędzili poza domem? Nie znajdował odpowiedzi na to pytanie.
Mimo wszystko powinien był powiedzieć Sarah. Nawet jeśli na to nie zasługiwała.
Philipp wziął komórkę, wybrał numer Sarah. Przerwał połączenie, odłożył telefon. Takich rzeczy nie załatwia się przez telefon.
Powie jej, oczywiście. Zaraz po powrocie.
Mój jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąty piąty dzień, pomyślał. Który niemal w całości spędzę na pokładzie samolotu.
Ze swojego miejsca Philipp mógł przyglądać się startującym i lądującym maszynom. Usiadł wygodnie, obserwował, jak samoloty pędziły po pasie startowym, i w pewnym momencie przezwyciężały grawitację. Letni deszcz ustał, niebo przyodziane było w brudną szarość pokrytą plamami błękitu.
Mógłbym nie lecieć, pomyślał nagle.
Całymi tygodniami pragnął tylko jednego: uciec, nic, tylko uciec, zniknąć, teraz jednak myśl, że za chwilę wsiądzie na pokład jednej z takich maszyn, która z każdą sekundą oddalać go będzie od wszystkiego, co dla niego ważne, zdała mu się niemal nie do zniesienia. Ameryka Południowa. Czego do cholery szuka w Ameryce Południowej?
Mógłbym zostać, pomyślał znowu, nie wsiąść do samolotu, nie uciekać. Zamiast tego zrobić wreszcie to, co należy.
Spojrzał w stronę krzeseł, które zajmowała zakochana para, jakby tam kryła się odpowiedź. Para zniknęła.
Mógłbym polecieć późniejszym samolotem, pomyślał Philipp. Albo w ogóle nie lecieć.
Jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąt pięć, pomyślał.
Dużo mam. Mam dużo do stracenia.
Czego chcę?
Jaki będzie dzisiejszy dzień?
Gdy pasażerowie powoli wchodzą na pokład, ciągle nie podjął decyzji.