Читать книгу Prawda - Melanie Raabe - Страница 7

2

Оглавление

Fryzjer ma piękną twarz o wyrazistych kościach policzkowych i szczupłe, kobiece dłonie. Wahałam się długo, czy wejść do salonu. Przeszłam kilka razy obok, nim przekroczyłam próg.

Siedzę tu teraz, na obrotowym krześle, czuję się całkowicie bezbronna. Fryzjer zanurza swoje dłonie pianisty w moich włosach, które sięgają mi prawie do bioder, przesuwa przez nie palcami, raz, drugi, trzeci, od nasady aż po końce. Wydaje z siebie odgłosy podziwu, dołącza do niego koleżanka, która przedstawia się jako Katja. Dotyk ich obojga jest dla mnie nieprzyjemny, zbyt intymny, przez wiele lat był tylko jeden człowiek, któremu wolno było dotykać moich włosów, a on je kochał, kładł na nich swoją głowę, ocierał nimi swoje łzy. Jednak nie przerywam im zabawy, udaję, że ich komplementy mnie cieszą. W końcu się uspokajają, Katja wraca do pasemek swojej klientki.

– To co? – pyta fryzjer, ponownie wsuwając dłoń w moje włosy. – Ścinamy końcówki?

Przełykam ślinę.

– Ścinamy wszystko – mówię w końcu.

Fryzjer o pretensjonalnym imieniu, którego nie potrafię zapamiętać, chichocze i zaraz milknie, widząc, że nie śmieję się wraz z nim, że to nie żart. Patrzy na mnie. Grzebię w torebce, jestem przygotowana, odnajduję stronę, którą wyrwałam z jakiegoś magazynu mody, wyciągam ją, podsuwam fryzjerowi pod nos, wskazując palcem zdjęcie na górze po prawej stronie.

– O tak – mówię. A potem, żeby sobie samej dodać odwagi, raz jeszcze: – Tak. Tak ma być.

Fryzjer wyjmuje mi z ręki wyrwaną stronę, przygląda się jej, najpierw ze zmarszczonym czołem, potem głęboka zmarszczka dzieląca jego czoło na pół znika. Patrzy na mnie, potem jeszcze raz na zdjęcie, w końcu kiwa głową.

– Okej.

Oddycham z ulgą, cieszę się, że nie będę go musiała przekonywać. Jestem dorosłą kobietą. Nienawidzę, gdy innym się wydaje, że lepiej ode mnie wiedzą, co jest dla mnie dobre. Patrice, teraz nagle przypomniało mi się imię fryzjera, nazywa się Patrice. Okazuje się wystarczająco profesjonalny, by nie kwestionować mojej decyzji. Na małym stoliku fryzjerskim rozkłada swoje instrumentarium: różne rodzaje nożyczek i grzebieni, szczotki, fluidy, spraye i suszarkę z kilkoma nakładkami. Małe lusterko, za pomocą którego będzie pewnie później chciał mi pokazać, jak wyglądają moje włosy z tyłu głowy, umieszcza na stosie magazynów. Ale lusterko zsuwa się po gładkiej powierzchni tej piramidy i spada na podłogę. Patrice klnie, podnosi je, odwraca, patrzy na pęknięte szkło.

– Stłuczone lusterko to siedem lat nieszczęścia – mówię.

Fryzjer patrzy na mnie przestraszony swoimi sarnimi, brązowymi oczami, potem wybucha krótkim nerwowym śmiechem. Zaczynam żałować swojego komentarza, który miał zabrzmieć żartobliwie, ale najwyraźniej biedaka wystraszył. To musi być cudowne, bać się jeszcze pecha. Bo to przecież znaczy, że nieszczęście jeszcze nie nadeszło. Ja mogłabym rozbić cały gabinet luster i niewiele by mnie to obeszło.

Siedem lat temu mój mąż zaginął bez śladu podczas służbowej podróży do Ameryki Południowej. Od tego czasu w moim życiu trzymam wciśnięty przycisk „pauza” i czekam na jego powrót. Siedem lat nadziei i niepokoju, poczucia absolutnego zagubienia, które czasami było tak silne, że najchętniej wymazałabym z pamięci wszelkie wspomnienie o Philippie. Chociaż na nic by się to zdało. Tęsknota wniknęła już w moje DNA.

Siedem lat pecha mam za sobą.

Patrice idzie po nowe lusterko, bez słowa. Potem zaczyna zbierać ostrożnie większe odłamki, zamiata resztę. Nie odzywam się, pozwalam mu robić swoje. Toczę walkę we własnym wnętrzu. Zamykam oczy, wsuwam palce we włosy i poruszam nimi, bardzo delikatnie, jakbym dotykała bezcennych koronek. Ostrożnie. Jak moja matka, wiele, wiele lat temu, jak kiedyś Philipp – od tamtego czasu już nikt. Philipp bawiący się moimi włosami.

Myślę o naszej pierwszej wspólnej nocy, jakże dramatycznej, woda i gwiazdy nad nami, czuję moje mokre włosy opadające na plecy niczym peleryna. Widzę Philippa, krople wody na jego włosach. Cisza, tylko nasz oddech, ciemność. Świat nagle tak mały, tak bardzo się skurczył, że miejsca starczało tylko dla nas dwojga. Kokon z ciszy i gwiazd. I dłoń Philippa w moich włosach.

Wyrywam się ze wspomnień, wracam do rzeczywistości, widzę się w lustrze, włosy takie jak wtedy, ale inna kobieta.

Fryzjer sprzątnął już wszystkie odłamki szkła, stoi za moimi plecami. W ręku trzyma nożyczki. W lewą dłoń ujmuje moje włosy, unosi je w górę. Potem szuka w lustrze mojego wzroku.

– Na pewno? – pyta.

Przełykam ślinę.

– Na pewno – mówię.

Bez dalszych ceregieli zaciska nożyczki.

Słyszę krzyk swoich włosów. Srebrzysty, wątły odgłos, niczym kwilenie dziecka, szept. Zamykam oczy.

Fryzjer pracuje w milczeniu. Szybko i sprawnie. Wkrótce nie ma już nic, przez co można by w zamyśleniu przesunąć palcami.

Opłakuję moje włosy, roniąc trzy wielkie, nieme łzy, które lecą na ziemię jak pierwszy śnieg. Następnie ocieram oczy, płacę, wstaję, opuszczam salon. I życie zaczyna toczyć się dalej. Nareszcie.

Prawda

Подняться наверх