Читать книгу Słońce - Helena Mniszkówna - Страница 9
4
ОглавлениеPociąg wtaczał się w obręb dworca. Zuzanna stała w oknie wagonu. Ponad jej głową wystawała starcza twarz dziada Grzegorza.
— Jest Bruno! — zawołał hrabia.
— A widzi mama, że nie Radosław. Nie „wyskoczył” na powitanie.
— O cóż chodzi? Jest tak, jak zarządziłem, wedle ceremoniału — warknął starzec.
Pociąg stanął. Powitanie, bukiet róż, jakieś żółte fosforyzujące oczy utkwione w niej z chciwością, zamieszanie i rwetes. A nad wszystkim dominował głos dziada Grzegorza i krzykliwy śmiech hrabiny Alfredowej.
Po krótkiej chwili limuzyna strojna w kwiaty wysunęła się na pustą szosę. Zgiełk ustał. Zuna odetchnęła. Siedząc obok matki, miała naprzeciw Brunona. Rozmawiał z hrabiną, a patrzył na nią. Widziała go jak przez mgłę. Nie odzywała się. Na kierowane do niej pytania odpowiadała zdawkowo lub zbywała je milczeniem. — Czy i Radosław ma te żółto-złotawe płomyki w oczach? — przemknęła myśl. Iskierka nadziei wstąpiła w jej duszę. — Chyba Radosław nie może być ułomny i brzydki, skoro brat zupełnie normalny. Jaki on jest naprawdę?
Zamyślonymi oczami obiegała okolicę, cofając uparcie wzrok przed spojrzeniem Brunona. Drgnęła, gdy dostrzegła zamkowe wieżyce, a przed olbrzymią bramą tłum ludzi. Samochód wjechał w ten żywy, wiwatujący szpaler. Jakaś dziewczyna rzuciła pęk kwiatów. Po raz pierwszy promienny uśmiech rozjaśnił twarz Zuzanny i od razu zapalił nagły ogień w żółtych źrenicach Brunona.
— Jeśli potrafi tak się uśmiechać, a przez cały czas nie opuszcza jej powaga, zatem wie wszystko — pomyślał. — Poczekaj, zobaczysz obiekt, na którym budujesz swoją przyszłość. Promienność twego uśmiechu zgaśnie.
— Imponujący gmach — zawołała hrabina z patosem. — Patrz, Zuna, co za baszta. A brama jaka przepyszna.
— Brama jest już w stylu odmienna. To inna epoka. Radosław lepiej to paniom objaśni. On znawca stylów i historyk. Zna dzieje Szternbergu od czasu budowy zamku.
Znowu rozległy się okrzyki. Bruno pochylił się ku Zunie:
— Słyszy pani te wołania? Niech żyje nasza miłościwa pani na Szternbergu.
— Hrabina na Szternbergu — poprawiła Alfredowa. — Jakie to piękne! — wołała z egzaltacją.
Bruno zajrzał głęboko w zaćmione nagle źrenice młodej panny, a nią wstrząsnął dreszcz.
Limuzyna dosięgła bramy. Orkiestra zagrała marsza triumfalnego.
— Stare to obyczaje na Szternbergu, odnawiane przy tak uroczystych okazjach, jak dzisiejsza — rzekł Bruno do hrabiny.
— Wiele hałasu o nic! — odpaliła Zuna z irytacją.
— Zuna! — syknęła matka.
Samochód sunął teraz środkowym dziedzińcem pośród zgromadzonego tłumu. Limuzyna okrążyła dywanowy klomb i podjechała pod filary portyku. Zatrzymała się na wprost stojącej rzędem paradnie „wyliberiowanej” służby. Do drzwiczek przystąpił dygnitarz zamkowy, strojny w mundur szamerowany złotem, stosowny kapelusz i laskę marszałkowską.
Bruno wysiadł i podał rękę hrabinie, półprzytomnej z zachwytu, lecz gest ten był zbyt pośpieszny i pozbawiony wszelkiej galanterii. Następnie podbiegł do Zuny, lecz ona zdążyła już wysiąść. Zmierzyli się oczami.
— Wiele hałasu o nic?! — szepnął Bruno tonem pośrednim między zapytaniem a żartobliwą wymówką. Zuzanna milczeniem zbyła tę uwagę, rzucając spojrzenie pełne gniewu.
Z drugiego auta wysiedli stary hrabia i ojciec Zuzanny. Grzegorz uroczyście podał ramię młodej pannie i już po chwili prowadził ją po szerokich schodach, wyściełanych mocno wiekowym szkarłatem. Dziad był blady ze wzruszenia, ale jego napuszona mina rozśmieszyła Zunę. Kroczyła więc z pogodnym uśmiechem wśród bogactwa cieplarnianych roślin, zdobiących schody. Przy starczej postaci Grzegorza wyglądała jak kwiat jabłoni przy zmurszałej gałęzi. W jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. Bawiła ją sytuacja z tą całą „pompą”. Na chwilę zapomniała o dręczącym ją niepokoju. Zresztą wygląd Brunona, wysokiego i postawnego, rozwiał obawy co do Radosława. — Są wszakże rodzonymi braćmi. Czyż więc możliwe?... — powtarzała sobie podniecona w najwyższym stopniu.
— Wchodzimy!...
Drgnęła, wyrwana nagle z zamyślenia tym suchym i zimnym głosem dziada.
Poprzedzani przez dygnitarza z marszałkowską laską, stanęli w szeroko otwartych odrzwiach.
— Jaśnie wielmożny hrabia Grzegorz Szternberg-Ulmski i jaśnie wielmożna hrabianka Zuzanna Szternberg-Ulmska z Horeli — wyrecytował dygnitarz z powagą.
Pierwsza para wysunęła się na środek sali, kiedy zaczęto anonsować hrabiostwo małopolskie.
Wtem hrabianka ocknęła się gwałtownie.
— Otóż i Radosław...
Słowa Grzegorza, który przytrzymywał silnie rękę Zuzanny, zlały się z jej bolesnym okrzykiem: O Boże! To on?
— Witamy cię, hrabio Radosławie. Hrabianko, oto twój narzeczony... Radosławie, twoja narzeczona, hrabianka Zuzanna Szternberg-Ulmska.
Ze ściśniętej krtani ponownie wyrwał się zdławiony jęk. W osłupiałych oczach pojawiło się przerażenie. Na dłoni, podtrzymywanej prawie przemocą przez Grzegorza, poczuła zimny dotyk warg Radosława. Szarpnęła się w tył, wlepiając błędne oczy w jego niekształtną postać.
A on stał przed nimi — ten człowiek gnom — z takim wyrazem twarzy, jakby chciał się zapaść pod ziemię. W dużych, szarych oczach malował się niewypowiedziany ból. Hrabia Grzegorz mówił coś do niego, lecz on stał zawstydzony, zdając się błagać: — Nie patrzcie na mnie...
Hrabianka zamknęła oczy. Czuła, że słabnie. Zlękła się, że zemdleje. Ktoś gniótł jej rękę aż do bólu. Usłyszała syk w samo ucho: — Zuna, opamiętaj się!
To było ponad jej siły. Podniosła powieki. Oczyma poszukała Brunona. Intuicyjnie wyczuła, że on jeden ją zrozumie. Błagalnie utkwiła źrenice w żółtych, fosforycznych oczach.
Zrozumiał. Podszedł prędko.
— Panie zmęczone — przemówił stanowczym głosem. — Pozwoli pani, że ją przeprowadzę do apartamentu — zwrócił się do Zuny.
— To twoja rola, Radosławie — wycedził Grzegorz.
— Prędzej — szepnęła Zuna gorączkowo.
Bruno prawie ją unosił.
Hrabina chciała przeszkodzić tej niezwykłej ucieczce, lecz oni zniknęli już za drzwiami arrasowej sali. Oburzona podążyła za nimi. Zmieszany hrabia chciał już podreptać za żoną, ale zatrzymał go Grzegorz. Jednocześnie położył rękę na ramieniu Radosława:
— Nieuważny jesteś...
Jednak strapiona mina dziedzica na Szternbergu i wyraźny ból w jego twarzy, zamknęły hrabiemu usta.
Atmosfera stała się nad wyraz ciężka.
Stary despota zmarszczył groźnie brwi. Chciał coś mówić, działać, lecz zgnębiona postać Radosława wprowadziła go w zakłopotanie. Pierwszy raz w życiu stracił głowę. Wzbierał w nim gniew, a nie miał go na kim wywrzeć. Boleśnie uświadomił sobie, że przeliczył się w swoich machinacjach; że przegrał. Był to cios dla jego dumy. — Lecz przecież — pocieszał się — to tylko pierwsze wrażenie tej smarkatej... Ona musi uszanować moją wolę. Musi! Znów nabrał pewności siebie. Zaczął coś mówić, ale Radosław cicho wymknął się z sali.
*