Читать книгу Prymityw. Epopeja narodowa - Marcin Kołodziejczyk - Страница 11

Оглавление

7.

No i szlus, będzie tego chowanka na dziś, finito basta.

– Oto jest całość, co po jednostce zostaje w rozrachunku winien-miał: odzież damsko-mięsna, zanęta dla przynęty wędkarskiej, kwatera J-24, prawdopodobnie z ciekiem wodnym, bo błoto było, że hej, i ciężko szło kopać, jak w żółtym serze, ale czy było inne wyjście? – pierdolił im Tatulo jak jakiś duchowny.

Miejscami już ostro wyłaziła z niego podstarzałość i samotne zamieszkiwanie: z miejscem na świecie, mówił, źle nawet w tych podziemnych miastach. Pomyśleć, że codziennie na całym świecie tony minionego mięsa zjeżdżają do podziemi – myślał Gruco klasycystycznie – a życie i tak krąży dookoła ciebie dalszym mięsem. Czyli zamknięty obieg mięsa. Zachodzi takie pytanie: jak ci się wszystko odechce, co zrobisz jeden z drugim?

E tam, zaraz co zrobisz. Uklepywali i okładali garba chojakiem dla estetyki, z której byli rozliczani przez właściciela firmy, a poległy już tam w głębi witał się z permanencją.

Nikt zbytnio nie słuchał Gruca, tylko każdy zastanawiał się w ciszy świątyni wewnętrznego umysłu, czy lepiej potem lecieć od razu do Biedry na Wysockiego, czy też dłuższym spacerem iść do monopolu na św. Wincentego, gdzie panował większy wybór. Kątem oka omiatało się, że potłuki życiowe z konkurencyjnego Całuna, grzebalnictwo-oprawa, już sprawnie zrzucili swojego klienta do glebogryzarki, przysypali go kaszą, ogacili zielonym i obecnie na prywatnej stopie szli centralną aleją, nucąc przez twe oczy zielone-zielone i Pierwszą Brygadę, pijąc piwo i paląc słodkie zioło. Znaczy Całun już się bawił, a Sułtan dopiero myślał, gdzie by później w tym samym celu pójść.

Całunowcy na głowach nosili głupie średniowieczne berety, na dupach pumpy za kolano, dołem białe podkolanówki i trzewiki z klamrą. Chodził po cmentarzu blef, że w tych godnych strojach idzie trafić niezły pieniądz od żałobników. Z tym że to i tak podobno było nic w porównaniu z nowym w środowisku społeczno-przyrodniczym ul. Wincentego Domem Posługi Sarmata. Ci chowali w kontuszach i mieli służbowe atrapy karabeli z rękojeściami w kształcie samolotów. W ulotkach wrzucanych ludziom do skrzynek w blokhausach Targówka trzymali się formy grzecznościowej: przewóz Zwłok, Szanowne Zwłoki itp. Efekt końcowy był taki, że każdy jeden u nich jeździł nowym używanym bmw.

– Jak dziś? – dowiadywał się idąc Kosioroski z Całuna.

– Zapój – dowiadywał się – czy jaranie?

Sułtan nie odpowiadał. Ten Kosioroski to był znany w dzielnicy ambicjoner, który kręcił się ciągle przy malutkich i średnich pieniądzach, a dużo pierdolił, że to tylko tak do czasu, bo ma na oku coś gites w przyszłości. Był dobrze zbudowany, oczytany w gazetach i ogólnie miły dla oka; jedyna rzecz, że wkurwiał twarzą. Cechował go ambicjonalny rozbuchaj i tym zrażał.


– Ja ci wyszykuję elegancko – mówił Jan Kwas do siebie, szalał ze zbyt dobrymi intencjami na kwaterze J–24. Pot płynął mu spod melonika o złotym liternictwie Sułtan, bladość kontrastowała z zarostem, do tego służbowa peleryna powiewała, bo był i ruch, i czynnik wiatru; Kwas wyglądał niespecjalnie, jak zużyta guma. W tym stanie wszystkich wkoło irytował, chciałoby się mu rąbnąć łopatą w plecy, gdyby nie to, że kolega.

– Smutek, ale nie mój – rzekł Poczęty, licząc drobne.

Było jasne, że Kwas ma większego kryzysa, gdy się posłuchało, jak opowiada wszystkie te niestworzone rzeczy, ciska słowami; plus miało się na załączonym obrazku chłopaka porządnie po trzydziestce, przetartego na czubku blondyna, który się nie wysypiał z jakichś powodów, ale jakich – nie mówił; snuł się, nie jadł, palił, który się zaczesywał, bo któremu nie wypadało ściąć się na wygodnego jeża, a czemu nie wypadało – nie chciał powiedzieć; replikę człowieka, niezbornego, obarczonego pełnym jelitem, a przecież jeszcze nie tak dawno dość niegłupiego i koleżeńskiego z wyglądu ambiwertyka – w końcu chcieli czy nie chcieli człowieka w swoim czasie do kompanii reprezentacyjnej? – gdy teraz tak lata wokół martwej natury ze szpadlem; było to bardzo poruszające nawet w męskiej subkulturze pogrzebowej.

– Nie bądź taki, wagomać, spłoszony – mówił mu Gruco, przeliczając cięższy bilon.

Gruco pokręcił głową dezaprobująco – pieniędzy było przymało. Zaobserwował takie zjawisko: ostatnio rodziny klientów nie szokowały napiwkami. Niektórzy wcale nie orientowali się w starosłowiańskim obyczaju dawania nadgrobnego – sum skromnych, ale godnych. Poczęty też już się połapał, już po przeliczeniu wszystkiego miał własnościowy smutek – szesnaście, kuhuhurwa, złych; hańba i targowica. A Cygan na spokojnie. Przeważnie po nim wszystko spływało, oprócz sytuacji, w których obrażano by jego honor, honor jego rodziny i honor jego dalszej rodziny; a tak to pilnował tylko, żeby się nie przerobić, gdy pracował.

W sumie, jak widzicie, każdy w manufakturze usług ostatecznych Sułtan, godnie-bezzwłocznie, miał swój osobny rozum i rozumek. A nie znacie jeszcze właściciela firmy i jego matki.

Prymityw. Epopeja narodowa

Подняться наверх