Читать книгу Dziedzictwo - Christopher Paolini - Страница 12

Król kot

Оглавление

Eragon stał na podium w głównej sali twierdzy, po prawej stronie tronu lorda Bradburna. Lewą dłoń oparł na rękojeści tkwiącego w pochwie Brisingra. Po drugiej stronie tronu czekał Jörmundur – starszy dowódca Vardenów – trzymający pod pachą hełm. Jego skronie powlekała siwizna, resztę włosów miał ciemną, zaplecioną z tyłu w długi warkocz. Pociągła twarz przybrała wystudiowany, obojętny wyraz człowieka, któremu wiele razy zdarzyło się czekać na innych. Eragon dostrzegł wąską smużkę czerwieni ściekającej wzdłuż ochraniacza na prawej ręce Jörmundura, mężczyzna jednak nie zdradzał żadnych oznak bólu.

Pomiędzy nimi siedziała ich przywódczyni, Nasuada, odziana w pyszną zielono-żółtą suknię. Włożyła ją zaledwie kilka chwil wcześniej, zastępując strój wojenny szatami bardziej nadającymi się do rozmów natury państwowej. Ona także ucierpiała podczas walki, świadczył o tym płócienny bandaż okalający lewą dłoń.

– Gdyby tylko udało nam się zyskać ich poparcie – wyszeptała głosem słyszalnym jedynie dla Eragona i Jörmundura.

– Ale czego zażądają w zamian? – spytał Jörmundur. – W naszych kufrach widać już dno, a nasza przyszłość jest niepewna.

– Może nie pragną niczego, prócz okazji zemszczenia się na Galbatorixie – rzekła, ledwie poruszając wargami. Zawiesiła głos. – Ale jeśli nie, będziemy musieli znaleźć coś innego prócz złota, by ich przekonać, żeby do nas dołączyli.

– Mogłabyś zaproponować im kilka beczek śmietanki – podsunął Eragon,

Jörmundur zachichotał, a Nasuada zaśmiała się cicho.

Ich rozmowa szybko dobiegła końca, bo za drzwiami głównej sali zabrzmiały trzy fanfary. Następnie płowowłosy paź odziany w tunikę z wyhaftowanym herbem Vardenów – białym smokiem unoszącym różę nad skierowanym w dół mieczem na purpurowym polu – wmaszerował przez otwarte drzwi na końcu sali, rąbnął w posadzkę ceremonialną laską i piskliwym, donośnym głosem zaanonsował:

– Jego Najwyższa Królewska Wysokość Grimrr Półłapy, król kotołaków, Pan Samotnych Miejsc, Władca Nocnych Granic i Ten, Który Stąpa Sam.

Dziwny to tytuł: Ten, Który Stąpa Sam – zauważył Eragon, zwracając się do Saphiry.

Zgaduję jednak, że bardzo zasłużony – odparła i wyczuł jej rozbawienie, choć ona sama pozostawała daleko, wygodnie ułożona w twierdzy.

Paź ustąpił na bok i przez drzwi przemaszerował Grimrr Półłapy w postaci człowieka. Towarzyszyły mu cztery inne kotołaki, stąpające cicho na grubych kudłatych łapach. Czwórka ta przypominała z wyglądu Solembuma, jedynego kotołaka, jakiego Eragon oglądał w zwierzęcej postaci: masywne ramiona, długie nogi, kryzy krótkiego ciemnego futra na szyjach i udach, pędzelki na uszach i ogony z czarnymi czubkami, kołyszące się z wdziękiem z boku na bok.

Grimrr Półłapy natomiast nie był podobny do nikogo ani niczego, co Eragonowi zdarzyło się oglądać. Liczył około czterech stóp wzrostu, tyle samo co krasnolud, lecz nikt nie mógłby wziąć go za krasnoluda, ani nawet za człowieka. Miał wąski szpiczasty podbródek, szerokie kości policzkowe, spod ukośnych brwi spoglądały skośne zielone oczy, okolone gęstymi rzęsami. Kędzierzawe czarne włosy zwisały nisko nad czołem, po bokach i z tyłu opadały na ramiona, gdzie układały się gładkie i lśniące, niczym grzywy towarzyszy. Eragon nie potrafił ocenić jego wieku.

Jedyny strój Grimrra stanowiła kamizela z szorstkiej skóry i przepaska ze skórek królików. Z przodu kamizeli doczepiono czaszki kilkunastu zwierząt – ptaków, myszy i innych drobnych stworzeń – grzechoczące przy każdym ruchu. Spod pasa sterczał sztylet w pochwie. Brązową jak orzech skórę znaczyły liczne wąskie białe blizny, przywodzące na myśl zadrapania na wysłużonym stole. I, jak sugerowało jego imię, u lewej dłoni brakowało mu dwóch palców: wyglądało to, jakby zostały odgryzione.

Mimo delikatnych rysów, nie było wątpliwości, że Grimrr jest mężczyzną: świadczyły o tym twarde, żylaste muskuły ramion i piersi, wąskie biodra i moc widoczna w każdym kroku, gdy maszerował przez salę ku Nasuadzie.

Żaden z kotołaków jakby nie dostrzegał ludzi ustawionych w szpalerze po obu stronach przejścia i obserwujących ich uważnie, dopóki Grimrr nie zrównał się z zielarką Angelą, która stała obok Rorana i robiła na sześciu drutach długą pasiastą skarpetę.

Oczy króla zwęziły się na jej widok, jego włosy zafalowały i się zjeżyły, podobnie sierść czterech jego towarzyszy. Spod wykrzywionych warg wychynęła para zakrzywionych kłów. Nagle, ku zdumieniu Eragona, Grimrr wydał z siebie krótki donośny syk.

Angela oderwała wzrok od skarpety.

– Ćwir, ćwir – rzuciła z rozmarzoną, lekko bezczelną miną.

Przez moment Eragon miał wrażenie, że kotołak ją zaatakuje. Na twarz i szyję Grimrra wypełzł ciemny rumieniec, jego nozdrza rozszerzyły się, usta wygięły w gniewnym grymasie. Pozostałe kotołaki przypadły nisko do ziemi, gotowe do skoku, przyciskając uszy do czaszek.

W całej sali rozległ się zgrzyt kling częściowo wysuwanych z pochew.

Grimrr syknął raz jeszcze, po czym odwrócił się od zielarki i znów ruszył naprzód. Gdy ostatni kotołak minął Angelę, uniósł łapę i ukradkiem zamachnął się, próbując złapać opadające z drutów pasmo włóczki, zupełnie jak rozbawiony domowy kociak.

Zdumienie Saphiry dorównywało temu Eragona.

Ćwir, ćwir? – powtórzyła.

Wzruszył ramionami, zapominając, że smoczyca go nie widzi.

Kto wie, czemu Angela coś robi bądź mówi.

W końcu Grimrr stanął przed Nasuadą. Lekko skłonił głowę, cała jego postawa wyrażała absolutną pewność siebie, wręcz arogancję, właściwą jedynie kotom, smokom i pewnym wysoko urodzonym damom.

– Pani Nasuado – rzekł.

Głos miał zaskakująco niski, bardziej przypominający głuchy zdławiony ryk dzikiego kota niż piskliwy głosik chłopca, którego przypominał.

Nasuada odpowiedziała ukłonem.

– Królu Półłapy. Ty i twój lud jesteście mile widziani wśród Vardenów. Muszę przeprosić za nieobecność naszego sojusznika, króla Orrina z Surdy. Nie mógł przybyć, by cię tu powitać, choć bardzo tego pragnął, bo wraz ze swoją konnicą jest zajęty obroną naszej zachodniej flanki przed oddziałem żołnierzy Galbatorixa.

– Oczywiście, pani Nasuado. – Ostre zęby Grimrra błysnęły. – Nigdy nie należy odwracać się plecami do wroga.

– Zaiste... A czemuż to zawdzięczamy nieoczekiwany zaszczyt twych odwiedzin, Wasza Wysokość? Kotołaki zawsze słynęły ze swej tajemniczości i niechęci do innych, a także z tego, że trzymały się na uboczu we wszelkich konfliktach, zwłaszcza od czasu upadku Jeźdźców. Można by nawet rzec, że w ciągu ostatniego stulecia twój lud stał się dla nas zaledwie mitem. Czemu zatem akurat teraz ujawniacie się przed nami?

Grimrr uniósł prawą rękę i zgiętym palcem zakończonym zakrzywionym szponem wskazał Eragona.

– Z jego powodu – warknął. – Nigdy nie należy atakować innego łowcy, dopóki ten nie ujawni swej słabości, a Galbatorix pokazał swoją: nie zabije Eragona Cieniobójcy ani Saphiry Bjartskular. Od dawna czekaliśmy na tę sposobność i wykorzystamy ją. Galbatorix nauczy się lękać nas i nienawidzić, i w końcu pojmie rozmiary swego błędu i zrozumie, że tylko sam odpowiada za swój upadek. Och, jakże słodko będzie smakować zemsta, równie słodko, jak szpik młodego dziczka. Nadszedł czas, ludzka istoto, by wszystkie rasy, nawet kotołaki, stanęły razem i wspólnie dowiodły Galbatorixowi, że nie złamał naszej woli walki. Dołączymy do twojej armii, pani Nasuado, jako wolni sprzymierzeńcy, i pomożemy ci tego dokonać.

Eragon nie potrafił stwierdzić, o czym myśli Nasuada, ale jemu i Saphirze zaimponowała przemowa kotołaka.

– Twoje słowa niezwykle mile dźwięczą w mych uszach, Wasza Wysokość – rzekła po chwili namysłu przywódczyni Vardenów. – Nim jednak przyjmę twą ofertę, muszę usłyszeć odpowiedzi na kilka pytań, jeśli zechcesz ich udzielić.

Grimrr z niewzruszoną obojętnością machnął ręką.

– Zechcę.

– Wasz lud był tak tajemniczy i nieuchwytny, iż muszę przyznać, że aż do dziś nie słyszałam o istnieniu Waszej Wysokości. W istocie, nie wiedziałam nawet, że twoja rasa ma króla.

– Nie jestem królem jak wasi królowie. Kotołaki wolą wędrować samotnie, lecz kiedy idziemy na wojnę, nawet my musimy wybrać przywódcę.

– Pojmuję. Czy przemawiasz w imieniu całej swej rasy, czy też jedynie tych, którzy z tobą przybywają?

Grimrr wypiął pierś, a jego twarz, o ile to możliwe, przybrała wyraz jeszcze głębszego samozadowolenia.

– Mówię w imieniu nas wszystkich, pani Nasuado – wymruczał. – Każdy zdolny do walki kotołak w Alagaësii, prócz matek karmiących młode, ruszył do walki. Jest nas niewielu, lecz w boju nikt nie może się z nami równać. I mogę także dowodzić jednokształtnymi, choć nie przemawiam w ich imieniu, są bowiem niemi jak inne zwierzęta. Mimo to uczynią, o co je poprosimy.

– Jednokształtnymi? – powtórzyła Nasuada.

– Tymi, których wy nazywacie kotami. Którzy nie umieją odmieniać skóry jak my.

– I są ci posłuszni?

– Tak. Podziwiają nas... to przecież naturalne.

Jeśli mówi prawdę – mruknął Eragon do Saphiry – kotołaki mogą okazać się niezwykle cennymi sprzymierzeńcami.

– A czego pragniesz w zamian za twą pomoc, królu Półłapy? – zapytała Nasuada. Zerknęła na Eragona i uśmiechnęła się. – Możemy ci zaproponować tyle śmietanki, ile zechcesz, lecz poza tym nasze środki są mocno ograniczone. Jeśli twoi wojownicy spodziewają się zapłaty za swój trud, lękam się, że przeżyją bolesny zawód.

– Śmietanka jest dla kociąt, a złoto nie ma dla nas wartości. – Grimrr uniósł prawą dłoń i mrużąc oczy, obejrzał paznokcie. – Oto nasze warunki: każdy z nas otrzyma sztylet, by mógł nim walczyć, jeśli nie ma własnego. Każdemu z nas sporządzicie dwie zbroje, jedną do walki na dwóch nogach i jedną na czterech. Nie potrzebujemy niczego innego – żadnych namiotów, koców, talerzy ani łyżek. Każdemu z nas obiecacie jedną kaczkę, kuropatwę kurę bądź podobnego ptaka dziennie i co drugi dzień miskę świeżej siekanej wątróbki. Nawet jeśli nie zechcemy jej zjeść, i tak otrzymamy strawę. A jeśli zwyciężycie w tej wojnie, ktokolwiek zostanie waszym następnym królem bądź królową – i wszyscy dziedzice tego tytułu – będzie trzymał obok swego tronu, na honorowym miejscu, miękką poduszkę, by jeden z nas mógł na niej zasiąść, jeśli zechce.

– Targujesz się jak krasnoludzki kauzyperda – mruknęła cierpko Nasuada. Pochyliła się ku Jörmundurowi i Eragon usłyszał, jak szepcze: – Czy wystarczy nam wątróbki, by wykarmić ich wszystkich?

– Chyba tak – odparł równie cicho Jörmundur. – Choć to zależy od wielkości miski.

Nasuada się wyprostowała.

– Dwie zbroje to o jedną za wiele, królu Półłapy. Twoi wojownicy będą musieli zdecydować, czy wolą walczyć jako koty, czy jako ludzie, i wytrwać przy swej decyzji. Nie stać mnie na wyposażenie obu ich postaci.

Eragon pomyślał, że gdyby Grimrr miał ogon, z pewnością by nim machnął. Tymczasem jedynie przestąpił z nogi na nogę.

– Doskonale, pani Nasuado.

– I jeszcze jedno. Galbatorix wszędzie ukrywa swych szpiegów i zabójców. Zatem, aby przystąpić do Vardenów, musisz zgodzić się na to, by jeden z naszych magów zbadał wasze wspomnienia. W ten sposób zyskamy pewność, że nie służycie Galbatorixowi.

Grimrr pociągnął nosem.

– Bylibyście niemądrzy, postępując inaczej. Jeśli komuś wystarczy odwagi, by odczytać nasze myśli, bardzo proszę. Ale nie ona. – Obrócił się i wskazał Angelę. – Nigdy ona.

Nasuada się zawahała. Eragon widział, że miała wielką ochotę zapytać, lecz się powstrzymała.

– Niechaj tak będzie. Natychmiast poślę po maga, byśmy mogli bezzwłocznie rozstrzygnąć tę sprawę. W zależności od tego, co znajdzie – a jestem pewna, że nie doszuka się niczego niestosownego – będę zaszczycona, mogąc zawrzeć sojusz pomiędzy wami i Vardenami, królu Półłapy.

Na te słowa wszyscy ludzie w sali, łącznie z Angelą, zaczęli wiwatować i klaskać. Nawet elfy sprawiały wrażenie zadowolonych.

Kotołaki jednak nie zareagowały, jedynie skuliły uszy, by uniknąć hałasu.

Dziedzictwo

Подняться наверх