Читать книгу Dziedzictwo - Christopher Paolini - Страница 13

Po walce

Оглавление

Eragon jęknął i odchylił się na grzbiecie Saphiry. Opierając dłonie na kolanach, zsunął się po twardych, gruzłowatych łuskach i wylądował na ziemi, wyciągając przed siebie nogi.

– Jestem głodny! – wykrzyknął.

Wraz ze smoczycą przebywali na dziedzińcu zamku, z dala od sprzątających ludzi – wrzucających na wozy zarówno kamienie, jak i trupy – a także innych, wylewających się z uszkodzonych budynków. Wielu z nich uczestniczyło w audiencji, na której Nasuada zawiązała przymierze z królem Półłapym, a teraz rozchodziło się do swych obowiązków.

Blödhgarm wraz z czwórką elfów czuwali w pobliżu, wypatrując niebezpieczeństw.

– Ej! – krzyknął ktoś.

Uniósłszy głowę, Eragon ujrzał Rorana, maszerującego ku niemu z twierdzy. Angela dreptała kilka kroków za nim, jej włóczka powiewała w powietrzu, gdy podbiegała, dotrzymując kroku długonogiemu kuzynowi.

– Dokąd znów się wybierasz? – spytał Eragon, gdy Roran stanął przed nim.

– Pomóc zabezpieczyć miasto i zorganizować więźniów.

– Ach... – Wzrok Eragona powędrował ku ludziom krzątającym się na dziedzińcu, a po chwili z powrotem spoczął na posiniaczonej twarzy kuzyna. – Dobrze walczyłeś.

– Ty też.

Eragon spojrzał teraz na Angelę. Zielarka znów stukała drutami, jej palce poruszały się tak szybko, że nie był w stanie ich śledzić.

Ćwir, ćwir? – spytał.

Jej twarz przybrała łobuzerski wyraz. Angela pokręciła głową, jej bujne loki podskoczyły.

– Opowiem ci innym razem.

Eragon przyjął ów unik bez słowa skargi; nie oczekiwał, że Angela cokolwiek wyjaśni. Rzadko to czyniła.

– A wy? – zapytał Roran. – Dokąd idziecie?

Poszukać czegoś do jedzenia – odparła Saphira i trąciła Eragona pyskiem; poczuł na sobie ciepło jej oddechu.

Roran skinął głową.

– Świetny pomysł. W takim razie zobaczymy się wieczorem w obozie. – Odwracając się na pięcie, dodał: – Ucałuj ode mnie Katrinę.

Angela wsunęła robótkę do dywanikowej torby wiszącej u pasa.

– Też będę się już zbierać. Warzę w namiocie miksturę, której muszę przypilnować. Chcę też odnaleźć pewnego kotołaka.

– Grimrra?

– Nie, nie, moją starą przyjaciółkę, matkę Solembuma. O ile, rzecz jasna, nadal żyje. Mam nadzieję, że tak. – Uniosła dłoń do czoła, jej kciuk i palec wskazujący zetknęły się, tworząc kółko, po czym przesadnie pogodnym tonem dodała: – Do zobaczenia. – I odeszła.

Na grzbiet – rzuciła Saphira i podniosła się z ziemi, pozostawiając Eragona bez oparcia.

Wdrapał się na siodło u podstawy długiej szyi i smoczyca z cichym, suchym szelestem skóry trącej o skórę rozłożyła olbrzymie skrzydła. Ruch ten wzbudził cichy powiew, który rozszedł się dookoła niczym zmarszczki na powierzchni stawu. Ludzie na dziedzińcu przerywali pracę, patrząc na nią.

Gdy Saphira uniosła skrzydła, Eragon dostrzegł sieć pulsujących fioletowych żyłek; każda z nich zamieniała się w pusty tunelik, gdy przepływ krwi ustawał pomiędzy uderzeniami olbrzymiego serca.

A potem z nagłą radością i szarpnięciem świat przekrzywił się szaleńczo wokół Eragona, gdy smoczyca przeskoczyła z dziedzińca na szczyt muru. Tam balansowała przez moment na blankach, zaciskając szpony na trzeszczących kamieniach. Eragon chwycił się sterczącego przed nim szpikulca, by nie spaść.

Świat znów się zakołysał – to smoczyca wystartowała z muru. Eragon poczuł cierpki smak i zapach, zapiekły go oczy, gdy przelecieli przez grubą chmurę dymu, zalegającą nad Belatoną niczym kołdra wypełniona bólem, gniewem i żalem.

Saphira uderzyła dwa razy mocno skrzydłami i wyłonili się z dymu prosto w słońce, szybując nad ulicami miasta, na których gdzieniegdzie wciąż jeszcze błyskały ogniki. Z rozpostartymi szeroko skrzydłami smoczyca szybowała, zataczając kręgi i pozwalając, by ciepłe powietrze z dołu uniosło ją jeszcze wyżej.

Mimo zmęczenia, Eragon rozkoszował się wspaniałym widokiem: wzbierająca burza miała za chwilę pochłonąć całą Belatonę, połyskującą wspaniałą bielą; nieco dalej zbierały się mroczne, ciemnogranatowe chmury, starannie skrywające swą zawartość, oprócz oślepiających zygzaków błyskawic. Dalej widział błyszczącą połać jeziora i setki niewielkich zielonych gospodarstw rozrzuconych po tej krainie, nic jednak nie dorównywało wspaniałością górskiemu łańcuchowi chmur.

Jak zawsze, Eragon czuł się zaszczycony, że może spoglądać na świat z tak wysoka, wiedział bowiem doskonale, jak nieliczni ludzie mieli okazję dosiadać smoka.

Lekko poruszywszy skrzydłami, Saphira zaczęła opadać ku rzędom szarych namiotów, tworzącym obozowisko Vardenów.

Zerwał się silny zachodni wiatr, zwiastujący nadejście burzy. Eragon skulił się, jeszcze mocniej zaciskając dłonie na twardym szpikulcu. Ujrzał połyskliwe fale, rozchodzące się po polach, gdy narastający wiatr przygiął do ziemi źdźbła zboża. Owa falująca zieleń przywiodła mu na myśl futro olbrzymiego zielonego zwierza.

Jeden z koni zarżał ogłuszająco, gdy Saphira przepłynęła nad rzędami namiotów, zmierzając ku zarezerwowanemu dla siebie placykowi. Eragon uniósł się w siodle, kiedy rozpostarła skrzydła i zwolniła, niemal zatrzymując się w powietrzu nad zrytą szponami ziemią. Wstrząs towarzyszący lądowaniu szarpnął nim naprzód.

Przepraszam – powiedziała. Starałam się usiąść jak najłagodniej.

Wiem.

Zeskakując z siodła, Eragon ujrzał śpieszącą ku nim Katrinę. Jej długie kasztanowe włosy wirowały wokół twarzy, gdy maszerowała przez plac, pod naporem wiatru suknia opięła ciało, ukazując skrywany pod warstwami tkaniny brzuch.

– Masz jakieś wieści?! – zawołała. Każdy rys jej twarzy zdradzał głęboką troskę.

– Słyszałaś o kotołakach?

Skinęła głową.

– Poza tym nic nowego. Roranowi nic nie jest, kazał cię ucałować.

Jej twarz złagodniała, ale obawa nie do końca zniknęła.

– W takim razie jest cały i zdrów. – Wskazała pierścień, noszony na trzecim palcu lewej dłoni, jeden z dwóch, które Eragon zaklął dla niej i Rorana, by zawsze wiedzieli, czy drugiemu grozi niebezpieczeństwo. – Godzinę temu zdawało mi się, że coś poczułam, i bałam się, że...

Pokręcił głową.

– Sam ci o tym opowie. Zarobił parę skaleczeń i siniaków, ale poza tym nic mu nie jest. Chociaż przeraził mnie na śmierć.

Katrina słuchała z jeszcze większą troską. Potem jednak z widocznym wysiłkiem uśmiechnęła się.

– Przynajmniej jesteście bezpieczni. Obydwaj.

Rozstali się i Eragon z Saphirą ruszyli do jednego z kuchennych namiotów, rozbitych wokół ognisk Vardenów. Tam zaczęli opychać się mięsem i miodem. Tymczasem wiatr zawodził wokół nich, a fale deszczu bębniły o ściany łopoczącego namiotu.

Dobre? – spytała Saphira, gdy wgryzł się w kawał pieczonego schabu. Smakowite?

– Mm – odparł, po brodzie ściekały mu strużki soku.

Dziedzictwo

Подняться наверх