Читать книгу Podziemia - Joanna Pypłacz - Страница 8
Rozdział 5. Der Lindenbaum
ОглавлениеPożegnawszy się z Tamarą, Mateusz udał się na piętro, gdzie znajdował się jego nowy pokój. Wypakowując z walizek swój skromny dobytek, przypominał sobie kolejne fragmenty swej pierwszej rozmowy z panią Topolską. Na świeże wspomnienie jej słów nakładały się reminiscencje własnych spostrzeżeń, a także dotychczasowych wyobrażeń; te ostatnie śmiesznie niedorównujące rzeczywistości.
Wreszcie, gdy zmęczenie dało o sobie znać, przerwał pracę. Przeciągnąwszy się solidnie, zaczął się przechadzać po pomieszczeniu. Skuszony chęcią podelektowania się urokliwym widokiem, podszedł do dużego, podwójnego okna, wychodzącego prosto na ogród. Słońce chyliło się ku zachodowi, wypełniając cały pokój ciepłym, prawie pomarańczowym światłem, przyjemnie odbijającym się od złocistobeżowych, jedwabnych tapet tłoczonych w delikatne wzory.
Mateusz otworzył okno na oścież, po czym wciągnął w płuca powietrze przepojone charakterystyczną wonią zwęglonego chrustu oraz zeschłych liści. Rozejrzał się po okolicy, z zachwytem patrząc na złote, czerwone i brązowe korony rosnących w ogrodzie drzew. W pewnej chwili jego wzrok padł na wiekową lipę, która zdawała się cała tonąć w złocie.
– Ależ tu pięknie! – powiedział do siebie. – Toż to prawdziwy Eden! Ci ludzie żyją w raju na ziemi!
Z zachwytem podziwiał spektakularną, jesienną szatę drzewa górującego z monarszym dostojeństwem nad całym ogrodem. Widok ten przywiódł mu na myśl pieśń Schuberta zatytułowaną Der Lindenbaum. Usłyszana kiedyś, zupełnie przypadkowo, na kameralnym koncercie pewnego austriackiego śpiewaka, zakorzeniła mu się głęboko w duszy. Patrząc na rozłożyste konary drzewa, odtwarzał w myślach ową melodię. Jakimś dziwnym trafem dźwięki zdawały się wydostawać na zewnątrz z jego rozmarzonego umysłu, napełniając sobą powietrze, już to płynąc pojedynczą melodią, już to samoistnie układając się w niezwykły chorał złożony z tysięcy głosów.
Nagle zauważył, że coś się pod gałęziami poruszyło. Zaczął intensywnie wypatrywać. Dopiero po kilku minutach, gdy wiatr lekko rozwiał wciąż mocno trzymające się gałęzi listowie, spostrzegł znajomą postać pani Topolskiej. Miała na sobie suknię w odcieniu czekoladowym, znakomicie komponującą się z wszechobecnymi, ciepłymi barwami jesieni. Obok niej stał młody, dość wysoki mężczyzna o czarnych, kręconych włosach i ostrych, oryginalnych rysach twarzy. Obydwoje wyglądali na bardzo zaangażowanych w rozmowę.
Mateusz poczuł, że nagle krew odpływa mu ze skroni oraz z całej twarzy. Zrobił krok do tyłu, by przypadkiem nie zostać zauważonym. Przycisnął policzek do framugi okiennej. Spocona skóra przykleiła mu się do białej farby, którą pociągnięto drewno.
– Kim, u licha, jest ten człowiek? – powiedział do siebie. – I co on tu robi?
W tej samej chwili Tamara pochwyciła nieznajomego za obie ręce.
Garstka poczuł się słabo. Odwrócił się od okna i mocno potarł palcami oczy, omal nie wtłaczając ich w głąb oczodołów. Nawet ból, jaki sam sobie zadał, nie był jednak w stanie uwolnić go od widoku splatających się dłoni – dwóch śniadych, a dwóch tak jasnych, że aż prawie przezroczystych. Dopiero niski, przeciągły dźwięk, który nagle rozległ się w pomieszczeniu, przerwał ów osobliwy trans.
Mateusz drgnął na całym ciele. Natychmiast oprzytomniawszy, zaczął wypatrywać źródła dziwacznego odgłosu. Dopiero po chwili dostrzegł dwoje jasnozielonych oczu Hekate, spoglądających nań z najwyższej półki połowicznie pustego regału z książkami.
– Ale żeś mnie nastraszyła, ty mała diablico! – zawołał żartobliwie.
To rzekłszy, podszedł bliżej z zamiarem pogłaskania zwierzęcia. Kotka tymczasem opuściła swój długi, zgrabny ogon, łagodnie muskając nim grzbiety starych woluminów.
Po kilku sekundach intensywnej obserwacji Mateusz poczuł, że kręci mu się w głowie. Następnie owładnęła nim przemożna senność połączona z przyjemnym uczuciem nieważkości. Nie będąc w stanie oderwać wzroku od Hekate, jednocześnie czuł, że wszystkie znajdujące się w pokoju przedmioty, uwolnione spod jarzma grawitacji, dryfują w powietrzu dokoła niego.
– Dziwne miejsce – stwierdził.
Otrzeźwił go dopiero odgłos kroków na parterze. Poznał charakterystyczny, nierówny chód Klemensa Topolskiego: jeden krok lżejszy, drugi cięższy, następnie głuche uderzenie laski o podłogę. Sekwencja ta powtórzyła się kilkakrotnie, z niezmienną częstotliwością odgłosów, aż w końcu zamarła i w domu zaległa niezmącona cisza. Hekate przymknęła oczy, wydała z siebie niski, ledwie słyszalny syk, który przeciął powietrze niczym ostre narzędzie, i prawie bezszelestnie zeskoczyła na podłogę.
Jeszcze przez pewien czas Mateusz stał nieruchomo, omiatając powierzchownym spojrzeniem grzbiety starannie posegregowanych na regałach woluminów. Jednakże nawet widok ulubionych książek nie był w stanie zniwelować niepokoju, wywołanego dokonanym przed chwilą, przypadkowym odkryciem, a wzmożonym przez nagłe oddalenie się Topolskiego. Narastał on w jego umyśle, pęczniejąc niczym szkodliwa, mordercza narośl, która stopniowo wchłania w siebie zdrowe tkanki: Tamara i ten człowiek. Der Lindenbaum. Splatające się dłonie. Za gęste powietrze w pokoju. Tajemnica.
Pokonując resztki paraliżującej niemocy, pozostałej po nieproszonej wizycie Hekate, Mateusz w końcu zebrał się w sobie i podszedł do okna. Pani Topolska wciąż stała pod drzewem w towarzystwie tajemniczego nieznajomego. Wiatr szarpał teraz energicznie konarami starej lipy, co sprawiało, że ich wahania raz po raz uniemożliwiały śledzenie poczynań rozmawiających.
Nagle, na obrzeżach pola widzenia zauważył jakąś ciemną, ruchomą plamę. Na chwilę oderwał wzrok od starej lipy. Nie, nie pomylił się: średniego wzrostu szatyn zbliżał się do pary szybkimi krokami, kulejąc. Intensywnie gestykulował i wyglądał na rozgniewanego. Ostatni raz Mateusz widział go w podobnym stanie przed kilkoma dniami, w banku, po otrzymaniu wiadomości o śmierci jednego ze swych najbardziej intratnych klientów.
Akurat gdy Topolski podszedł do lipy, wiatr łaskawie uchylił dwa zasłaniające dotąd pole widzenia konary na lewą stronę, niczym kurtynę teatralną, która przedwcześnie opadła do połowy jeszcze w trakcie przedstawienia, utrudniając widzom swobodne oglądanie finalnej części spektaklu. Tamara puściła lewą dłoń swego towarzysza. Stał on teraz wsparty o pień drzewa. Ostentacyjnie ignorował Klemensa, lecz Mateusz zdołał uchwycić wzrokiem poruszenia jego klatki piersiowej. Zdradzały one przyspieszony oddech, świadczący o zdenerwowaniu.
Topolski tymczasem zatrzymał się w połowie drogi i stanął tuż za plecami żony. Na widok jego silnej, muskularnej dłoni kładącej się ciężko na szczupłym ramieniu kobiety, Garstka się wzdrygnął, po czym odruchowo zacisnął prawą pięść. Nie bez trudu zdołał stłumić w sobie nagły przypływ niechęci do własnego pracodawcy, a zarazem największego dobroczyńcy.
Bankier powiedział coś zniżonym głosem. Wiatr uniemożliwiał wychwycenie całych zdań, zrozumiałe były jedynie niewyraźne strzępy jego wypowiedzi. Wciąż trzymał rękę na ramieniu Tamary, która stała nieruchomo, jak gdyby wrośnięta w ziemię. Nie poruszała nawet powiekami, upodobniając się do kamiennego posągu. Nie patrzyła ani na męża ani na swego, teraz już niemego rozmówcę, lecz przed siebie, wczepiając się wzrokiem w nieokreślony punkt na horyzoncie.
Topolski powiedział coś jeszcze, lecz Mateuszowi znów nie udało się tego usłyszeć. Powiewające gałęzie bardzo utrudniały obserwację rozgrywającej się za ich złocistym parawanem sceny. Przez szparę w konarach widać było jedynie półprofil nieznajomego mężczyzny. Wyrazisty nos i podbródek oraz silnie zarysowane kości policzkowe zdradzały nieustępliwy charakter. Oczy natomiast sprawiały wrażenie zamyślonych. Promieniująca z nich melancholia nieco łagodziła ostrość rysów. Dysonans ten czynił całość zgoła intrygującą.
Gdy Topolski w końcu oderwał dłoń od ramienia Tamary, Mateusz powoli rozluźnił zaciśniętą pięść. Uczucie gniewnego rozczarowania, spowodowane obecnością nieznajomego, utrzymywało się u niego jednak przez cały czas na tym samym poziomie, a nawet nieznacznie wzrastało, dodatkowo podsycane obserwacjami poczynionymi przed konfrontacją z Klemensem.
Z zadumy wyrwał go dopiero odgłos kroków na schodach. Natychmiast rozpoznał chód Jadwigi. Odwrócił głowę od okna i spojrzał w stronę drzwi, starając się nadać swej twarzy wyraz pełen zadowolenia.
– Pan Klemens już wrócił – oznajmiła służąca. – Powinien zaraz się u pana zjawić.
– Wiem – odparł Mateusz.
Jadwiga odruchowo zmarszczyła czoło.
– Słucham? – zapytała.
– Wiem, że pan Topolski wrócił – wyjaśnił Garstka. – Widziałem go z okna.
Po twarzy kobiety przemknął cień.
– Ach, tak… – westchnęła.
Mateusz spojrzał na nią badawczo.
– Gdybym wiedział, że państwo spodziewają się dziś gościa, nie przyszedłbym tak wcześnie… – kontynuował, z zamiarem zręcznego wydobycia zeń informacji na temat zagadkowego intruza.
Jadwiga usiłowała ukryć zmieszanie pod maską uśmiechu, lecz Mateusz odczytał z jej twarzy, iż doskonale wie, do kogo uczynił aluzję.
– To znajomy… Czasem do nas zachodzi, zwykle niezapowiedziany – zdradziła. – Taki już ma zwyczaj. Proszę się nim nie przejmować, tak jakby w ogóle nie istniał.
Garstka z wysiłkiem odwzajemnił jej uśmiech, po czym podszedł do stojącego najbliżej siebie regału, udając, że zainteresował go tytuł jednej ze stojących tam książek, wytłoczony w złocie w skórzanym grzbiecie. Odwrócił się na chwilę i spojrzał na Jadwigę, równocześnie wysuwając wolumin z szeregu. „Tak jakby w ogóle nie istniał…” – pomyślał z gorzką ironią.
– Czy jest coś jeszcze?
– Nie, już nic, proszę pana.
Staruszka wyszła z pomieszczenia i udała się z powrotem na dół. Mateusza tymczasem ogarnęło nieprzyjemne wrażenie, że po jego kończynach przemieszczają się miliony mrówek, drażniąc skórę swymi mikroskopijnymi odnóżami. Znów podszedł do okna. W ogrodzie jednak nie było już nikogo. Ogromna lipa samotnie udzielała teraz cienia wyłącznie parze kosów, z rozmachem rozkopujących świeżo usypane kretowisko.