Читать книгу Kwiaty nad piekłem - Ilaria Tuti - Страница 18
13
ОглавлениеMassimo nie zmrużył oka. Te kilka godzin, które komisarz Battaglia dała swojemu zespołowi na wypoczynek, spędził nad raportem. Wielokrotnie kasował całe akapity i pisał je od nowa, w końcu jednak doszedł do wniosku, że odwalił kawał dobrej roboty. Dokument wysłał pocztą internetową o godzinie, w której noc zaczyna blednąć. Ku własnemu zaskoczeniu chwilę później otrzymał zwrotne potwierdzenie odczytania.
Teresa Battaglia również nie spała i prawdopodobnie tak jak on rozmyślała nad zabójstwem w lesie, pośród nieprzystępnych gór, ponad sto kilometrów stąd. Massimo wiedział, jak trudno jest uwolnić umysł od psychologicznych pęt okrucieństwa, bo sam tego doświadczał. Kiedyś myślał, że z biegiem czasu, w miarę oglądania kolejnych ofiar będzie coraz łatwiej, ale się przeliczył. Widział ludzi zamordowanych dla kilku groszy, kobiety zgwałcone przez mężczyzn, którzy powinni je kochać, dzieci wyrastające w patologicznych środowiskach, a mimo to jego dusza nadal była jak żywe ciało pozbawione twardego naskórka obojętności i przez to bezpośrednio narażone na cierpienia.
Tego ranka przyszedł do komisariatu dużo za wcześnie i nawet nie zamierzał okłamywać się dlaczego: zrobił to dla niej. Chciał naprawić wrażenie po pierwszym, katastrofalnym spotkaniu, zaimponować tej energicznej kobiecie, która nie uważała go za kompetentnego policjanta.
Czekał na nią w biurze z prezentem i niespodzianką. Był pewien, że to pierwsze ją ucieszy, a co do niespodzianki – raczej mało prawdopodobne.
Komisarz Battaglia weszła w towarzystwie Parisiego i De Carliego, który szedł za nią jak cień. Ze zmarszczonymi brwiami rozprawiała o czymś, co właśnie przeczytała na kartce. Policjanci przytakiwali ze skupieniem, sporadycznie rzucając jakąś uwagę. Tworzyli zgraną trójkę. Massimo wywnioskował to z ukrytej w ich gestach dynamiki. Pani komisarz była jak oś, wokół której obracały się dwa ramiona dobrze naoliwionej machiny. Teresa wyrażała się krótkimi, często urwanymi zdaniami, bo i nie było potrzeby ich kończyć, skoro pozostali je rozumieli. Dopowiadali za nią, zapewniając, że to, o co prosi, może już uznać za wykonane. W ich zachowaniu nie było przypochlebiania się, tylko wielki szacunek.
Nagle Massimo poczuł się jak głupiec, trzymając w ręku paczuszkę. Położył ją na biurku pani komisarz i odepchnął od siebie palcem, jakby chciał się od niej odciąć. Już sam fakt, że siedział, wydał mu się wielką nieostrożnością.
Ten drobny ruch i szelest papieru przyciągnęły uwagę całej trójki. Massimo zobaczył, jak twarz pani komisarz ulega zmianie – zupełnie jak u drapieżnika spoglądającego na swoje terytorium, które zostało zajęte przez mało wartościową ofiarę – z zaskoczonej w gniewną.
– A ty co robisz w moim biurze? – zapytała, wyraźnie skandując sylaby. To nie był dobry znak.
Massimo nie wiedział, jak ogłosić jej swoją niespodziankę. Wolałby zacząć od podarunku. Ale skoro się nie udało, postanowił załatwić sprawę szybko i bezboleśnie.
– Teraz to także moje biuro – rzucił bez namysłu.
Żadnej reakcji.
– Nie dosłyszałam – odparła.
Massimo był pewien, że usłyszała go doskonale.
– W moim biurze pękła rura – wyjaśnił, wedle jego mniemania odważnym tonem. – Spędzę tu trochę czasu. Z panią. Tak postanowił komendant.
Parisi i De Carli wymienili spojrzenia. Ich miny mówiły wyraźnie, że to się pani komisarz nie spodoba.
– A to co? – zapytała Teresa, tylko wskazując oczami na paczuszkę.
– Dla pani – wyjaśnił Massimo z nadzieją. Może wreszcie zacznie się między nimi układać.
Komisarz usiadła na swoim miejscu. Spojrzała na podarunek. Otworzyła.
– Jasny gwint.
– Pani komisarz… – zaczął Parisi, gładząc swoją doskonale wypielęgnowaną bródkę, ona go jednak uciszyła. Porwała jeden z pączków i zanurzyła w nim zęby, z lubością przymykając oczy. Z wnętrza przysmaku wylała się kremowa masa.
– Są też z czekoladą – szepnął Massimo zachęcająco, zapraszając gestem pozostałą dwójkę. Oni jednak z niepokojem wpatrywali się w panią komisarz.
Teresa kiwała głową z zamkniętymi oczami. Była w siódmym niebie.
– Wieki ich nie jadłam – wymamrotała.
Massimo się uśmiechnął. Wreszcie dostrzegł w niej jakiś ludzki odruch inny niż poirytowanie. W gruncie rzeczy nieźle mu poszło.
– I lepiej, żeby dalej ich pani nie jadła – odezwał się nerwowo De Carli.
Komisarz Battaglia spojrzała na Massima przez zmrużone powieki, w których czaiło się wyzwanie.
– Mam cukrzycę.
Sens tych słów dotarł do niego z opóźnieniem, a wtedy zaklął pod nosem i spróbował odebrać Teresie paczkę. Ona jednak stanowczo położyła na niej rękę.
– Próbujesz mnie zabić? – zapytała.
Czuł, jak palą go policzki.
– Inspektorze, naucz się nie rumienić. A kiedy czujesz, że musisz zakląć, zrób to, na miłość boską! – powiedziała, uwalniając pakunek. Skinieniem poleciła Parisiemu i De Carliemu, żeby zabrali pączki i wyszli. Posłuchali, zamykając za sobą drzwi, jakby chcieli w ten sposób zdusić w zarodku ostrą wymianę zdań, na którą się właśnie zanosiło. Massimo już ją sobie wyobrażał: wystrzelone jak pociski słowa, świszczące w uszach i eksplodujące wściekłością.
Czuł się jak struna naciągnięta poza granice wytrzymałości.
– Co mam robić, żebyśmy wreszcie żyli w zgodzie? – zapytał spokojnie, bo wcale nie zamierzał wywoływać kłótni. Chciał po prostu zrozumieć.
Pani komisarz nie zwracała na niego uwagi. Skupiła się na monitorze i wyświetlanych na nim zdjęciach z miejsca zbrodni.
– Masz robić to, co do ciebie należy, jeśli w ogóle potrafisz – odparła. – Przeczytałam w nocy twój raport.
– I jak?
Podniosła na niego wzrok.
– Wylądował w koszu. Musisz napisać go od nowa.
Nagle Massimo poczuł, jak dopada go zmęczenie skumulowane przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny, wiesza się na jego plecach jak bezkształtna, ciężka masa i ciągnie w dół, na podłogę albo jeszcze niżej.
Jednocześnie zdał sobie sprawę, że nie on jeden czuje się jak w piekle. Bo choć początkowo wydawało mu się, że twarz pani komisarz jest napięta, teraz widział, że pod tą maską kryje się coś na podobieństwo bólu i, o dziwo, chyba strachu.
– W ogóle nie spałem, żeby to napisać – wytłumaczył się. Chciał ją wybadać i zarazem sprowadzić rozmowę na inny tor. To, co właśnie zobaczył, ku jego zdziwieniu wprowadziło go w konsternację.
– Źle zrobiłeś. Powinieneś był odpocząć, żeby napisać raport ze świeżym umysłem.
Najwyraźniej chwilowo zawiesiła broń, bo jej głos brzmiał obojętnie, zupełnie jakby rozprawiali o pogodzie.
– Myślałem, że odwaliłem kawał dobrej roboty – powiedział.
Teresa Battaglia odłożyła długopis, który właśnie gryzła.
– To za mało – odparła. – Nie mogę iść do krewnych ofiary i powiedzieć, że odwalamy kawał dobrej roboty. Oni chcą, byśmy dali z siebie wszystko, rozumiesz? Potrzebują tego.
Przytaknął skinieniem. Naprawdę zaczynał rozumieć.
– Czego pani ode mnie oczekuje? – zapytał.
– Musisz zdobyć wiedzę. O tym, czego nie uczą na uniwersytecie, o sztuce zabijania. – I nie czekając na odpowiedź, wstała i podeszła do tablicy zawieszonej naprzeciwko jej biurka. – Myślałam, że jest młody, ale chyba musimy zrewidować przypuszczenia – wymamrotała. – Może mieć o kilka lat więcej.
Massimo dołączył do niej zaciekawiony.
– Dlaczego?
– Dlatego że wykazuje wysoki poziom sadyzmu – wyjaśniła, notując krzywym charakterem pisma. – Miał wiele czasu, żeby udoskonalić swoje fantazje. Sądzę, że może mieć koło czterdziestu, czterdziestu pięciu lat. I dużo sił. Jest stąd albo po prostu kocha góry. Zna je. Nie przez przypadek jego trop gubi się pośród skał, prawdopodobnie jest myśliwym. Patrząc na sposób, w jaki zabił, wątpię, żeby jeździł samochodem.
Massimo nie zdołał powstrzymać grymasu, który komisarz w lot przechwyciła. Przestała pisać i popatrzyła wyzywająco.
– Coś cię nie przekonuje? – zapytała.
– Ależ skąd.
– Możesz powiedzieć, co ci chodzi po głowie.
– Tak, oczywiście.
Zdjęła okulary i spojrzała na niego uważniej.
– Marini, nie marnuj mojego czasu. Jeśli masz coś do powiedzenia, nie każ się prosić. A jeśli nie, to oszczędź mi sarkazmu.
Massimo wskazał na tablicę.
– Czy nie wydaje się pani, że to lekka przesada?
Komisarz podążyła za jego wzrokiem i zmarszczyła brwi.
– Przesada? – powtórzyła.
Massimo postukał palcem.
– Te wszystkie szczegóły – wyjaśnił – podane bez cienia wątpliwości. Czy to nie zbytnia zuchwałość? Skąd pani wie, czy jeździ samochodem czy nie?
Teresa Battaglia zmierzyła go z lekkim uśmiechem.
– Zuchwałość? W żadnym razie. A jeśli chodzi o wątpliwości… Cóż, mam ich wiele, taka już natura mojej pracy. Trzeba się martwić, gdy przestanie się je mieć, nieprawdaż?
Massimo skrzyżował ręce na piersiach i nic nie odpowiedział.
– Trudno cię przekonać – zakpiła. Ale zaraz spoważniała, podeszła do niego i zadarła głowę, żeby spojrzeć mu prosto w oczy. – Powiem ci więcej. On nawet nie ma prawa jazdy. Nie jeździ i nie ma prawa jazdy, bo nie jest w stanie go zrobić. Prawdopodobnie próbował, ale mu się nie udało, jak wiele innych rzeczy. Jego obłąkany umysł mu na to nie pozwolił. Z czego wnioskuję? Z tego, co zrobił ofierze i jak. Ktoś, kto wydłubuje oczy paznokciami, ma poważne problemy psychiczne, które niełatwo ukryć. Nie jest w stanie zrobić żadnego kursu. Nawet na prawo jazdy. Nie potrafi na dłuższą metę utrzymać pracy. Brakuje mu wytrwałości i skupienia.
Massimo wstrzymał oddech. Kobieta podała mu pisak.
– Odwagi, pisz – poleciła, a potem zaczęła mówić dalej, nie czekając na jego reakcję. – Żyje samotnie, kilka kilometrów od miejsca zbrodni. Musimy zakreślić obszar poszukiwań.
Massimo posłusznie wykonał zadanie, ale nie wyzbył się wątpliwości.
– Skąd ma pani pewność, że mieszka sam? – zapytał.
– Nikt nie jest w stanie wytrzymać u boku kogoś, kto w ogóle nie dba o higienę osobistą i nie wie, co to porządek. „Psychoza” to w tym przypadku słowo klucz, a jej stopień wiele nam o tym człowieku mówi. Co nam podpowiada fakt, że zabił gołymi rękami, nawet nie związawszy ofiary?
– Że zbrodnia nie została zaplanowana.
– Błąd. Zbrodnia nie została zorganizowana, a to co innego. Chociaż liczne szczegóły wskazują na coś całkiem przeciwnego. Trudno będzie wyjaśnić te sprzeczności. Bo coś tu nie gra.
– Na przykład?
– Inscenizacja, czyli sposób, w jaki ułożył ciało. Nie porzucił, a przygotował. I jeszcze te pułapki… W takim razie, inspektorze Marini, opierając się na twojej magisterce z…?
– Z prawa.
– Chryste… I na doświadczeniu zdobytym w wielkim mieście… Odkryj przede mną rąbek tajemnicy i zdradź mi, czy ten zabójca jest zorganizowany czy nie?
Cisza.
Mina na twarzy pani komisarz mówiła jedno: litości.
– Tak jak myślałam. Musisz zacząć od zera, tu i teraz.