Читать книгу 444 - Maciej Siembieda - Страница 10
ОглавлениеRozdział 6
Dyrektor Wiesław Paluch, szef departamentu śledczego IPN-u, tego dnia również spędził kilka godzin poza biurem. Po powrocie sprawdził telefon komórkowy pozostawiony w szufladzie antycznego biurka. Nikt nie dzwonił, nikt nie przysłał esemesa. Cudownie. Paluch nade wszystko cenił spokój, a brak prób kontaktu idealnie wpisywał się w te oczekiwania. Dlatego pukanie do drzwi, które rozległo się w tym właśnie momencie, zabrzmiało niemal agresywnie.
Jego sprawczynią była sekretarka, która wiedziała, że panu dyrektorowi przeszkadza się tylko w ostateczności. Przybył jednak prokurator Jakub Kania i prosi o spotkanie. Sprawa pilna.
Paluch w pierwszej chwili chciał go spławić. Nie trawił Kani. Jego inteligencję uważał za narcyzm, kompetencje za zarozumialstwo, a urodę za niezbity dowód na to, że ten „Kubuś” (jak go pogardliwie nazywał) musi być gejem. Nie miał najmniejszej ochoty widzieć Kani ani tym bardziej z nim rozmawiać, ale górę wzięła okazja skomentowania ostatniego śledztwa IPN-owskiego gwiazdora.
– Ależ naturalnie... – Dyrektor uśmiechnął się do zaskoczonej sekretarki. – Niech pani prosi pana prokuratora.
A kiedy ten stanął w drzwiach, Paluch rozpromienił się jeszcze bardziej.
– Pięknie witam drogiego kolegę!
Kuba gorączkowo próbował rozszyfrować tę wylewność, ale dyrektor go uprzedził:
– Jak tam rezultat głośnego śledztwa?
Już wie – pomyślał prokurator. – Wie i teraz sobie użyje. Nie odpowiedział ani słowem, co Paluchowi zupełnie nie przeszkodziło.
– Słyszałem, że kolega dokonał spektakularnego odkrycia – stwierdził, pozorując zaciekawienie. – Czy można wiedzieć, cóż takiego kolega wykopał?
– Nocnik – odrzekł Kuba zażenowany.
– Nocnik... – Paluch nie potrafił dłużej maskować triumfu. Udał, że się zamyśla, po czym poważnie pokiwał głową i oświadczył niby zatroskanym tonem: – To dowód... taki raczej... do dupy.
Kuba poczerwieniał. Dyrektor z lubością sycił się jego upokorzeniem. Nagle spoważniał:
– No dobrze. I co pan zamierza z tym zrobić? Media pana zjedzą.
– Nas – bąknął Kuba. – Jeśli już, to zjedzą nas.
– Nas!? – Twarz zwierzchnika w sekundę przybrała barwę piwonii.
– Nas, panie dyrektorze. Instytut, mnie, departament. Pewnie pan też będzie musiał wypowiedzieć się w tej sprawie przed kamerą.
Jakub Kania był wytrawnym graczem. Znał Palucha i wiedział doskonale, że dyrektor odsłania gardę tylko w emocjach. Spokojny był nie do trafienia. Ale teraz podniecił się drwinami z podwładnego, tokował jak głuszec, łatwo było go podejść. Strzał z mediami okazał się wyjątkowo celny. Dyrektor, podręcznikowy model lizusa, otrzymał stanowisko z namaszczenia partyjnego, a jak każdy polityk bał się dziennikarzy niczym diabeł święconej wody.
– Niech pan sobie nie żartuje, kolego – powiedział zbity z tropu Paluch.
– Ani mi to w głowie, panie dyrektorze – odparł prokurator. – Ale zdaje pan sobie sprawę, że w tej sytuacji musimy jakoś obronić reputację instytutu.
– My!? – Paluch przez moment wrócił do poprzedniego tonu, ale szybko z niego zrezygnował. – Pozwolę sobie przypomnieć – dodał rzeczowo – że to pan wszczął to dochodzenie i...
– ...i mam publicznie przyznać, kto mi to zlecił? – przerwał mu Kuba.
Paluch zbladł. Jeśli chodzi o gwałtowne zmiany kolorystyki twarzy, mieli w tej rundzie remis. Ma rację – pomyślał. – Tego absolutnie nie wolno ujawnić. Nawet za cenę przyjęcia winy na siebie. Kompromitacji. Może dymisji. Cwał czarnych myśli w jego głowie właśnie przechodził w galop. W tym samym momencie uświadomił sobie, jak łatwo Kania wybrnął z kryzysu i zyskał przewagę. Oczami wyobraźni Paluch ujrzał osobliwą scenę: nocnik rzucony w przeciwnika nagle odbił się od prokuratora rykoszetem i ugodził jego samego prosto w czoło. Niemal pożałował tamtej drwiny.
– Ale jest pan przecież poukładany z tymi pismakami – spróbował z tej strony. – Niech pan coś wymyśli.
– Właśnie z tym przychodzę – oznajmił Kuba spokojnie, jakby nie było wcześniejszej scysji, i nieproszony rozsiadł się w fotelu. – Jest pewien pomysł – rzekł tajemniczo, a potem wyciągnął w stronę Palucha wydruk mejla Pawła Włodarczyka: – Pan dyrektor zechce to przeczytać.