Читать книгу 444 - Maciej Siembieda - Страница 17
ОглавлениеRozdział 12
Ahmet rychło zyskał przychylność hrabiego Tarragony. Sprawnie posługiwał się językiem krainy Portucale, ale – co istotniejsze – opowiadał o rzeczach, których Rodrigo słuchał z zapartym tchem. Dla galisyjskiego szlachcica, który całą młodość spędził w siodle – choć dopiero przed rokiem dotarł nad brzeg pobliskiego oceanu – Ahmet stał się przewodnikiem po świecie i wszechświecie. Dzięki niemu Rodrigo poznał obyczaje ludów Orientu, ujrzał mapę świata kreśloną patykiem na nadrzecznym piasku oraz konstelacje gwiazd na nocnym niebie. Brał udział w wyprawach Aleksandra Wielkiego i Juliusza Cezara, poznał słowa starożytnych mędrców i tajemnice nauki lekarskiej.
Ta ostatnia przysporzyła Ahmetowi wiele popularności i wdzięczności wśród ludu przyzamkowej osady, choć mieszkający w niej mnisi sarkali, że śniady poganin to wysłannik szatana czyniący czary. Nie słuchano ich. Posłańcy piekieł nie składają kości pogruchotanych w boju, nie uśmierzają bólu i nie wypędzają gorączki – to raz. A po wtóre – przyjaźń hrabiego Rodriga była wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa i nietykalności przybłędy, nawet jeśli ci, którzy nie byli pacjentami Ahmeta, ukradkiem spluwali na jego widok przez lewe ramię i pospiesznie czynili na czole znak krzyża. Któregoś wieczoru, po udanych łowach, Rodrigo – milczący i wpatrzony w płomienie ogniska – odprawił służbę i kiedy zostali sami z Ahmetem, rzekł coś, co najwyraźniej chciał rzec od dawna:
– Jak ci pewnie wiadomo, w zamku mieszka arabska niewiasta. Jest... – Urwał nagle i cisnął w ogień kij, który od dłuższego czasu obracał w dłoniach.
Zapanowała kłopotliwa cisza. Ahmet w lot pojął, że hrabia nie potrafi ubrać w słowa tego, co kłębi się w jego duszy, dlatego nie zadał ani jednego pytania, tylko szepnął zachęcająco:
– Słucham cię, panie.
Rodrigo drgnął, jakby chciał się podnieść z kobierca rozpostartego przy ogniu i odejść, ale opanował ten odruch. To, że Maur (jak ciągle go nazywał) nie wypytywał, kim jest Arabka, skąd się wzięła i co takiego robi w zamku, przyniosło mu wyraźną ulgę. Przez chwilę porządkował myśli, uznając, że pominie wszelkie wyjaśnienia, po czym wpadł na zręczny koncept:
– Chciałbym, abyś ją zbadał – powiedział – jako medyk. Ona nigdy się nie odzywa – dodał. – Nie wiemy, czy jest niema, czy też trapi ją jakaś choroba duszy. Znasz jej język, może zdołasz się czegoś dowiedzieć.
Ahmet chciał odpowiedzieć „będzie jak chcesz, panie”, ale doszedł do wniosku, że sam ukłon złożony w milczeniu da lepsze świadectwo temu, że zrozumiał dyskrecję sprawy. Ukłonił się zatem bez słowa, dostrzegając na obliczu Rodriga da Tarragona potwierdzenie swojego przypuszczenia.
Kilka dni później Ahmet poprosił o rozmowę w komnacie hrabiego. Rodrigo okazywał obojętność, ale był kiepskim komediantem. Nie potrafił udawać.
– Dziewczyna nosi imię Muszira – rzekł Ahmet, dziękując gestem dłoni za cynowy kubek z winem. – Jest szlachetnie urodzona. Podróżowała z portu na wybrzeżu czerwonych klifów do krewnych w Al-Uszbana, którą chrześcijanie zwą Lizboną. Miała tam zostać zaślubiona człowiekowi, którego wybrała jej rodzina i który jest ważnym bejem w marchii As-Saghr al Adna, na południe od twoich ziem, panie. Dlatego wojownicy eskorty walczyli tak zaciekle. Nawet gdyby któryś z nich uszedł z bitwy cało, zostałby ścięty albo jeszcze gorzej, uduszony. Za hańbę oddania oblubienicy beja w twoje ręce, panie.
W tej samej sekundzie Ahmet pojął, że zagalopował się z tą hańbą, więc na wszelki wypadek głęboko się pokłonił. Ale Rodrigo stał nieruchomo, nie wiedząc, co uczynić z informacjami o dziewczynie, której imię poznał dopiero po trzech miesiącach, podobnie jak nadal nie wiedział, co uczynić z nią samą. Maur jak zwykle przyszedł mu z pomocą.
– Muszira moimi niegodnymi ustami dziękuje ci, panie, za to, że uszanowałeś jej cześć, i pragnie zapewnić, że jej krewni chętnie zapłacą wysoki okup. Jeśli zgodzisz się, panie, ją wysłuchać, będę tłumaczył wasze słowa.
– Nie jestem złoczyńcą porywającym ludzi dla okupu – warknął Rodrigo, ale zaraz przywołał się do porządku. – Jeśli chce rozmawiać, niech to będzie dziś przy wieczerzy. – Hrabia podniósł się z zydla, bacznie wpatrując się w medyka. – Czy prosiła cię, abyś to ty udał się do Lizbony w moim imieniu z żądaniem okupu?
– Nie rozmawialiśmy o tym, panie. – Ahmet spuścił wzrok, a przez umysł Rodriga da Tarragona przebiegła myśl, że Maur nie trafił do jego zamku przypadkowo.