Читать книгу 444 - Maciej Siembieda - Страница 12

Оглавление

Rozdział 8

Paweł Włodarczyk gryzł końcówkę długopisu, wpatrując się z niedowierzaniem w ekran komputera. Nie spodziewał się tak szybkiej odpowiedzi prokuratora IPN-u. Co tu dużo mówić: w ogóle się jej nie spodziewał. A jeśli już, to nie w takim brzmieniu. Mejl wysłany ze służbowej skrzynki Jakuba Kani zapraszał jutro w południe na ulicę Towarową, do biura instytutu.

Włodarczyk odpowiedział natychmiast: Oczywiście będę niezawodnie, choć nawet po czwartym przeczytaniu wiadomości nadal nie wiedział, co o niej sądzić. Zaproszenie niby świadczyło o zainteresowaniu obrazem Matejki, ale z drugiej strony było oschłe i stanowcze. Przyszło mu do głowy, że Kania wyznaczył termin, nawet nie zapytawszy, czy Paweł jest w tym czasie wolny. Wezwał mnie jak na przesłuchanie – skomentował w duchu. – I dlaczego zaznaczył, że to rozmowa wstępna i żebym na razie nie przynosił dokumentów? Skąd ta asekuracja?

Po piątej lekturze mejla zrozumiał.

– Chce mnie sprawdzić – szepnął. – Przekonać się, czy nie jestem wariatem.

Włodarczyk znał tę obawę aż nazbyt dobrze. Wiele lat przepracował w dziale łączności z czytelnikami, do którego przychodziło mnóstwo nawiedzonych. Niemal każdy przynosił sterty papierzysk, które rozkładał na biurku i objaśniał godzinami bez względu na to, czy chodziło o zbyt niski wymiar renty, czy inwazję kosmitów. Po roku pracy Włodarczyk nauczył się bezbłędnie rozpoznawać zależność aktywności wariatów od pogody i wskazań barometru.

A teraz Kania potraktował mnie tak samo – pomyślał z irytacją, niemal przegryzając długopis, ale po chwili się uspokoił. – W porządku. Jutro ten IPN-owski celebryta się przekona. Jutro dotrze do niego, że oto trafił na najważniejszą sprawę w swojej wypielęgnowanej karierze. Nie ma sensu interpretować tego mejla i w każdym słowie doszukiwać się ukrytych znaczeń. Najważniejsze, że temat ruszył z miejsca.

Tej samej nocy Paweł Włodarczyk w keflarowej kamizelce kuloodpornej poprowadził szturm żołnierzy Gromu na willę w Bagdadzie, w której satelita namierzył cel. Olbrzymi komandos roztrzaskał drzwi taranem i wpadli do holu. Było kompletnie ciemno. Na ścianach tańczyły czerwone kropki celowników laserowych. Nagle Włodarczyk ujrzał przez noktowizor otwarte drzwi do pokoju. Uskoczył z kocią zręcznością, a potem ostrożnie wyjrzał zza futryny: na wprost jego oczu wisiał obraz Jana Matejki.

Obudził się zlany potem i długo głębokimi oddechami uspokajał pracę serca. Mimo to już nie udało mu się zasnąć.

444

Подняться наверх