Читать книгу 444 - Maciej Siembieda - Страница 8
ОглавлениеRozdział 4
Nazajutrz rano w blokowisku Bemowa było tyle słońca i rześkości, że Paweł Włodarczyk przy śniadaniu nawet zagadnął żonę, co u niej w pracy. Z wrażenia omal nie upuściła patelni z jajecznicą.
Nocna ulewa umyła wysłużoną toyotę, co tym bardziej poprawiło mu humor. Mknąc Górczewską, na której dziś jakimś cudem nie było korka, postanowił, że jednak napisze do Kani.
– Bartek... – zaczepił w holu redakcji młodego reportera z dredami. – Gdybyś miał napisać bardzo ważnego mejla z bardzo długą historią, to jak byś to zrobił?
– Krótko, Pawełku, krótko. Tysiąc znaków maks. Bez przewijania ekranu. Kumasz? I konkret. Bez tego waszego nawijania. Jarzysz? No, bez tego – dodał na widok zdumionej miny archiwisty – jak to kiedyś nudziliście w gazetach...
Czekaj, gówniarzu – pomyślał Włodarczyk – jeszcze będziesz czegoś ode mnie chciał. Ale rady posłuchał.
Łaskawy Panie Prokuratorze! – zaczął niby staroświecko, ale z aluzją do wczorajszego zachowania Kani, który protekcjonalnie zezwolił mu na mejla. Zastanawiając się, czy prokurator rozpozna sarkazm nagłówka, podniósł do ust starą peerelowską szklankę osadzoną w metalowym koszyczku z uchwytem. Kawa – afrodyzjak pisania – smakowała mu tylko tak: sypana, bez mleka, z trzema czubatymi łyżeczkami cukru i w szklance, z której starsza cześć redakcji żartowała, a młodsza toczyła bekę. Włodarczyk junior, który wpadł do archiwum któregoś przedpołudnia, oczywiście żeby stary kopsnął trochę kaski, na widok szklanki doznał szoku:
– Dżizys, ojciec, pogieło cie? – jęknął. – Nie możesz se kupić jakiegoś spoko kubka? Jak człowiek?
– Właśnie dlatego że jestem człowiekiem – odparł Włodarczyk z godnością – nie ulegam instynktom stadnym tak jak ty. Mam pić kawę z kubka, bo wszyscy tak robią? Nie. Mnie smakuje ze szklanki i...
– Ale to obciach – przerwał mu syn, robiąc pogardliwą minę, na którą mógł już sobie pozwolić, bo wyłudzone pięćdziesiąt złotych wcisnął właśnie do kieszeni postrzępionych dżinsów.
– A branie pieniędzy od ojca w wieku dwudziestu dwóch lat to nie obciach? – rzucił Włodarczyk, ale większa część oskarżenia dotarła jedynie do zamykanych drzwi.
Na wspomnienie tamtej sceny, która nie wiadomo czemu przyszła mu teraz do głowy, pogroził synowi w duchu identycznie jak reporterowi z dredami. Zobaczycie, gnojki. Jeszcze znajdę ten obraz. Jeszcze wam wszystkim pokażę. Jeszcze będziecie się grzeczniutko pytać, gdzie można kupić taką samą szklankę do kawy.
Palce animowane adrenaliną same pobiegły po klawiaturze: W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej ponownie zwracam się do Pana Prokuratora z apelem o wszczęcie dochodzenia IPN-u w sprawie zaginionego obrazu Jana Matejki, o którym opowiadałem wczoraj. Nadmieniam, że dysponuję obfitą dokumentacją w tej sprawie. Wiele lat starannego researchu – Włodarczyk ucieszył się z przywołania słowa modnego wśród młodych dziennikarzy, choć wymagało ono sprawdzenia w słowniku – przekonało mnie, że to obraz pod każdym względem unikatowy. To bezcenny skarb naszego narodu.
Włodarczyk zamyślił się, upił łyk kawy i z niesmakiem spojrzał na ekran. Skarb? Narodu? Jezu – pomyślał – cóż to za patetyczny bełkot. Nawet w IPN-ie tego nie kupią – zganił sam siebie, po czym zaznaczył ostatnie zdanie niezgrabnym ruchem myszki i nacisnął klawisz przenoszący je w niebyt. Postanowił zagrać bardziej marketingowo: To jeden z najczęściej kradzionych obrazów na świecie – napisał – ale mam przypuszczenia, gdzie się teraz znajduje. Jego oficjalne poszukiwania mogłyby mieć kolosalne znaczenie nie tylko dla kultury polskiej, mającej szansę na odzyskanie jednego z największych dzieł Jana Matejki, ale również dla polityki zagranicznej naszego rządu. Sama próba poszukiwań zdolna jest przedstawić obecność Stanów Zjednoczonych i NATO w Iraku oraz Afganistanie w zupełnie innym świetle oraz najważniejszym uczestnikiem tych misji uczynić Polskę jako kraj od wieków pragnący dialogu i przyjaźni z islamem. Chodzi o to, że obraz Matejki zawiera przesłanie, które...
Włodarczyk z niepokojem spojrzał na zbliżający się koniec strony i przypomniał sobie przestrogę reportera z dredami. Na dokończenie historii zostały mu dwa wiersze. Przez chwilę wpatrywał się w komputer, a potem wymamrotał przekleństwo pod adresem Bartka i opisał wszystko po swojemu.