Читать книгу 444 - Maciej Siembieda - Страница 13
ОглавлениеRozdział 9
Koszulę wyprasował sam.
– Jakim cudem przypomniałeś sobie instrukcję obsługi żelazka? – zapytała żona z wyraźną złośliwością, ale nie udało się wciągnąć go w sprzeczkę. – To może wyznasz chociaż, co to za doniosłe wydarzenie zapędziło cię do deski? – nie ustępowała.
Odpowiedział szelmowskim puszczeniem oka. Przez chwilę pomyślała, że ma kochankę, ale kiedy obrzuciła go taksującym spojrzeniem, uznała tę myśl za absolutnie niedorzeczną. No, chyba że poznał jakąś niewidomą, pozwoliła sobie na pełen sarkazm. Ale wtedy nie prasowałby koszuli.
Tymczasem Paweł Włodarczyk promieniał. Pogwizdywał przy goleniu, a po pokoju poruszał się krokiem, który przy sporej tolerancji można było uznać za taneczny. Generalnie zachowywał się jak licealista, który dziś wybiera się do szkoły po odbiór świadectwa z czerwonym paskiem, a jutro wyjeżdża na wymarzone wakacje. Z domu wyszedł trzy godziny przed spotkaniem z Kanią. Mieszkanko na Bemowie nagle wydało mu się ciasne i zapyziałe. Nie pasowało do tego, co teraz miało nastąpić w jego życiu. Toyota zaparkowana przed blokiem też wyglądała żałośnie, ale jej przynajmniej mogły pomóc aktywna piana, szczotki i woskowanie. Najdroższy program myjni. Wyjeżdżając z niej, ujrzał w lusterku wstecznym twarz człowieka sukcesu. Kwadrans później na środku Towarowej, niedaleko siedziby IPN-u, znów zerknął w lusterko, w którym zobaczył coś bardzo dziwnego. Rozpędzona ciężarówka zbliżała się jak szalona do jego tylnego zderzaka. Nie miał najmniejszych szans ucieczki na sąsiedni pas.
Kilkaset metrów dalej, z okna hotelu Kyriad Prestige, wypadek obserwował niewysoki, szczupły mężczyzna około czterdziestki, ubrany w szarą koszulkę polo, zlewającą się z kolorem elewacji budynku. Jako jedyny z kilkunastu świadków tragedii nie okazał żadnych emocji. Przez następne dwie godziny niemal się nie poruszył. Patrzył na przyjazd służb ratowniczych, blokadę ulicy i odizolowanie sporego odcinka Towarowej policyjną taśmą. W ręku trzymał lornetkę, ale przyłożył ją do oczu dopiero wówczas, gdy strażacy rozcięli blachy zmiażdżonej toyoty i ostrożnie wydobyli z niej ciało kierowcy. Kilka metrów dalej – migając niebieskimi światłami – stała karetka pogotowia, ale to nie ona zabrała Pawła Włodarczyka. Mężczyzna w hotelowym oknie odczekał, aż jeden z ratowników dosunie do końca zamek błyskawiczny czarnego plastikowego worka na zwłoki, po czym wyjął telefon komórkowy i wysłał esemesa o treści, jaką codziennie przekazują sobie miliony ludzi: „OK”.
Sekundę później wiadomość dotarła do śniadego bruneta w beżowym lnianym garniturze, pijącego miętową herbatę w lobby hotelu Hilton w Ras al-Chajma, stolicy emiratu o tej samej nazwie. Człowiek ten starannie sprawdził numer nadawcy esemesa, a następnie powoli uniósł się z fotela, położył na stoliku kilka dirhamów i wyszedł na zewnątrz, z najwyższym trudem maskując ogarniające go uniesienie. Nazywał się Raszid i był tylko posłańcem, ale dziś czekał go niebywały zaszczyt. Miał odebrać wiadomość, a następnie dostarczyć ją osobiście przywódcy bractwa Bokira – szejkowi Matarowi, który przyjął imię od jednego z władców dynastii Al-Kasimi rządzącej emiratem od niepamiętnych czasów.
Matar był świętym mężem, godnym najwyższego szacunku. Choć mógł mieć najwspanialszy pałac w dowolnym emiracie półwyspu, mieszkał w ascetycznych warunkach, zajmując wraz z garstką zaufanych ludzi niewielki dom w górach, nieopodal granicy z sułtanatem Omanu. Szejk nigdy nie postawiłby stopy w Hiltonie; było to sprzeczne z jego przekonaniami i z pewnością mogłoby uszczęśliwić służby wywiadowcze wielu państw, z CIA i Mossadem na czele. Nigdy też nie nosił europejskiego garnituru. Z domu wychodził w kefii na głowie, która osłaniała jego twarz podobnie jak nieodłączne ciemne okulary. Ubierał się w białą długą diszdaszę – tradycyjną szatę arabskich mężczyzn. Nie uznawał komputerów, telefonów i poczty. Wiadomości odbierał tylko od zaufanych ludzi, którzy szeptali mu je wprost do ucha.
Na myśl o spotkaniu i przekazaniu szejkowi radosnej wieści o usunięciu kamienia ze ścieżki Proroka Raszid spojrzał w lusterko wsteczne wysłużonego mercedesa i odsłonił w uśmiechu olśniewająco białe zęby. Właśnie wjechał na most prowadzący do dzielnicy Nachil i upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żadnych samochodów, opuścił szybę, po czym wrzucił do rzeki kupiony rano telefon komórkowy.