Читать книгу 444 - Maciej Siembieda - Страница 18

Оглавление

Rozdział 13

Tamta wieczerza, nieoczekiwanie dla wszystkich, otworzyła nowy rozdział historii zamku i jego mieszkańców. Uczestnicy rozmawiali ostrożnie, jakby dotykali lutni, której struny zaczarowane przez złe moce mogą zostać poruszone w niewłaściwym miejscu, zabrzmieć złowrogo i zniweczyć nastrój porozumienia. Do kwestii okupu więcej nie wracano. Hrabia Rodrigo nie zgodził się na wyznaczenie ceny za Muszirę ani na wysłanie do jej krewnych poselstwa w tej sprawie. Przyrzekł natomiast, że skoro dziewczyna czuje się jak w niewoli, gotów jest zwrócić jej wolność, i kiedy tylko wojna z Maurami przycichnie, odeśle ją do krewnych pod pieczą Ahmeta i eskortą rycerzy. Najpewniej przed zimą, kiedy chłód przegania wojska muzułmańskie do siedlisk w kuwarach. Postanowił, że do tego czasu opiekunem i tłumaczem Musziry będzie Ahmet. W zamian obydwoje przysięgną na swoją wiarę, że nie będą próbowali ucieczki.

Przyrzeczenie zostało przyjęte i wszystkim zrobiło się lżej, choć Muszira nie okazała radości i uznania dla szlachetności Rodriga. Siedziała ze spuszczonym wzrokiem i prawie nic nie jadła. Ahmet udawał, że nie widzi, jak na jej widok hrabiemu płoną oczy, a policzki oblewa purpura.

A potem wydarzenia przetoczyły się przez galisyjski zamek Tarragonów jak wiosenna burza.

Po tygodniach rozmów, przejażdżek konnych, uczt i polowań Muszira najpierw odwzajemniła miłość Rodriga – trwającą od chwili, gdy ujrzał ją po raz pierwszy wtedy po bitwie – a potem podzieliła jego przekonanie, że nie mogą bez siebie żyć. Rok później, jednego dnia, przyjęła dwa sakramenty: chrzest z rąk biskupa Coimbry, a następnie małżeństwo, które ten sam duchowny pobłogosławił mocą swojego Kościoła. Piastunem syna, urodzonego po kolejnym roku, został Ahmet, przechrzczony wraz ze swoją panią, odtąd noszący imię Aurelio.

Mały Abelardo da Tarragona rósł zdrowo, karmiony mlekiem wiejskiej mamki. Cała okolica szemrała, że jest przeklęty. Chłopiec urodził się ze znamieniem na czole, w kształcie leżącej cyfry cztery tuż nad prawą brwią. Niemowlę ze zmarszczką starca, szeptano po izbach i szynkach, wieszcząc, że Abelardo ściągnie na swój ród nieszczęście.

Hrabia puszczał te pogłoski mimo uszu, ale Muszirze zatruwały one życie. Ahmet, wiedząc, jak reagują niewiasty po połogu, próbował ratować swoją panią naparami z ziół przynoszących ukojenie, ale niewiele wskórał. Ku rozpaczy jego i Rodriga Muszira znów zamilkła i godzinami wpatrywała się we wzgórza, po kryjomu żarliwie modląc się do Allaha, co było śmiertelnym grzechem, zakazanym w pierwszym przykazaniu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.

Być może Bóg chrześcijan istotnie wpadł w gniew, bo z Muszirą było coraz gorzej. Jej uroda zgasła, a ciało zwiędło od postów i zgryzoty. Zmarła po kilku miesiącach, z przyczyn, których Ahmet-Aurelio nie potrafił rozpoznać, jakby wraz z imieniem i wiarą przodków wyrzekł się talentu lekarskiego. Okolica szemrała teraz o spełnieniu klątwy dwóch bogów. Znaleźli się nawet tacy, którzy widzieli nad zamkiem anioła zemsty, zstępującego na ziemię i rozkazującego żonie hrabiego wypicie trucizny.

Abelardo został sam. Ojciec cały swój ból zamienił w zapiekłą nienawiść do muzułmanów. Uznał, że żonę zabrało mu przywiązanie do religii Mahometa, i od tej pory stał się postrachem pogranicza. Do zamku zaglądał rzadko, a syna powierzył opiece Aurelia. Bóg wie, ilu Maurów wysłał do raju Proroka, zanim berberyjska włócznia nie strąciła go z konia podczas wyprawy króla Ordoneza III na Lizbonę w 995 roku. Hrabia Rodrigo przeżył, ale resztę życia miał spędzić przykuty do łoża.

Któregoś wieczoru, blisko trzy lata po ostatniej bitwie ojca, Abelardo po cichu wślizgnął się do jego komnaty, a widząc, że hrabia nie śpi, podszedł do łoża, przyklęknął i z szacunkiem ucałował jego dłoń.

Rodrigo uśmiechnął się delikatnie.

– Wyrosłeś na dorodnego młodzieńca – rzekł. – Cieszę się, że to właśnie ty wzniesiesz miecz Tarragonów nad głowami tych arabskich szakali.

Abelardo już otwierał usta, aby w młodzieńczej zapalczywości wykrzyczeć, że też jest półkrwi Arabem, ale zmilczał w porę, świadom, że sam obróciłby wniwecz prośbę, z jaką przyszedł do ojca.

– Ja właśnie w tej sprawie, panie – rzekł oficjalnie. – Chcemy jutro zastąpić drogę Maurom, którzy rankiem zamierzają przekroczyć rzekę Mondego. Przyszedłem prosić, ojcze, abyś zechciał zezwolić mi na udział w tej bitwie. Godnie wzniosę miecz Tarragonów – dorzucił ojcowski frazes, który mógł okazać się pomocny.

Ale na obliczu starego hrabiego nie było już zapalczywości sprzed kilku minut. Wydawał się zaniepokojony.

– Ilu ich jest? – zapytał.

– Zwiadowcy mówią o tysiącu, może tysiąc dwustu końskich ogonach. Sama lekka jazda. Nas jest przynajmniej półtora tysiąca. Mamy ciężką jazdę, piechotę z włóczniami, łuczników...

Rodrigo da Tarragona uciszył syna grymasem niezadowolenia.

– Nie pytam o naszą liczebność. Powiedz, kto będzie dowodził.

– Belduino Varela.

Hrabia z uznaniem pokiwał głową.

– Dobry wódz. Jaki ma plan?

– Genialny, ojcze! – Abelardo znów podniósł głos, ale zaraz przywołał się do porządku. – Kiedy zwiadowcy donieśli przed tygodniem o pochodzie Maurów kierujących się w stronę brodu na rzece Mondego, senior Varela wymyślił, że na równinie na naszym brzegu wykopiemy doły i ukryjemy w nich dwustu łuczników. Kiedy Maurowie zobaczą, że równina jest pusta, bez szyku wkroczą do rzeki, a wtedy w środku przeprawy słudzy odrzucą żerdzie z darnią maskujące kryjówki, łucznicy wyjdą i wystrzelają połowę pogan. Resztę dokończy jazda, którą zawiadomią w odpowiedniej chwili, puszczając w stronę naszego obozu za wzgórzem płonące strzały i ustępując jej miejsca do szarży.

– Nic z tego nie będzie. – Ojciec machnął ręką. – Myślicie, że oni nie mają oczu? Nie zauważą, że kopiecie doły i nie domyślą się fortelu?

– Nie mogą – odrzekł Abelardo. – Nadciągnęli nad rzekę dopiero dziś rano, a Varela rozkazał kopać kryjówki już w środę po zmierzchu. Kilkuset ludzi pracowało całą noc, a nad ranem zamaskowało w dołach łuczników i służbę, zostawiając im strawę i zapas wody. Siedzą tam od trzech dni. Nikt nie domyśli się ich obecności, choćby oczy wypatrzył z drugiego brzegu.

Hrabia zadumał się na chwilę.

– Oby było, jak przewiduje Belduino Varela. Mimo to nie zawierzyłbym losu bitwy jedynie łucznikom. Tylko że – z uśmiechem poklepał się po bezwładnych nogach – moje bitwy już odbyłem. Ruszaj, synu, i niech cię Bóg prowadzi. – Rodrigo da Tarragona przez moment zatrzymał wzrok na znamieniu Abelarda i ominął je dwoma palcami, czyniąc na czole syna znak krzyża.

444

Подняться наверх