Читать книгу 444 - Maciej Siembieda - Страница 16
ОглавлениеRozdział 11
Półksiężyc odbijający się w wodach rzeki Mondego przywołał w pamięci Abelarda pewną muzułmańską historię – tajemnicę powracającą w snach i zajmującą jego myśli od wielu lat. Jej bohaterką była Arabka, której mądrość i urodę nadal wspominano w zamku hrabiego. Miała piętnaście lat, kiedy Rodrigo da Tarragona, jeden z bohaterów rekonkwisty, starł się podczas wyprawy na południe z silnym oddziałem należącym do gwardii siedmiu kuwar – muzułmańskich gmin na ziemiach dawnej Luzytanii. Arabscy wojownicy gardzili strachem, wierząc, że śmierć w walce z niewiernymi otworzy im bramy raju. Żaden z nich się nie poddał. Żaden też nie przeżył bitwy, podczas której dolina została zasłana setkami ciał. Na jej południowym krańcu, w cieniu korkowych dębów, muzułmanie rozpięli kilka podróżnych namiotów. W jednym z nich Rodrigo da Tarragona znalazł arabską dziewczynę.
Stała bez lęku, z rękami opuszczonymi wzdłuż turkusowej szaty, gotowa przyjąć los, jaki przeznaczył jej Prorok. Było w niej tyle spokoju i dostojeństwa, że hrabia, oszołomiony bitwą, niemal bezwiednie złożył jej pokłon. Nie zareagowała.
Przez trzy miesiące pobytu w jego zamku nie odezwała się ani słowem, jakby wtedy – w namiocie otoczonym makabrą bitwy – czas się dla niej zatrzymał. Całymi dniami w milczeniu wpatrywała się w nagie wzgórza za oknem, szukając w nich ładu myśli. A może wróżby? Choć mieszkała w komnacie i z rozkazu hrabiego traktowano ją łagodnie, była branką. I więźniem. Jej życie zastygło.
Została sama wśród obcych, dręczona pytaniami o przyszłość, gorszymi niż tortury. Rodrigo da Tarragona nie niepokoił jej, ale też nie wyznaczał żadnych obowiązków w niewielkim zamku, w którym wszyscy mieli jakieś zajęcia, a co najgorsze – nie wymieniał na chrześcijańskich jeńców pojmanych przez wojowników Proroka. Los Szeherezady, która przez tysiąc i jedną noc zastanawiała się, czy rankiem sułtan rozkaże ją zgładzić, mimo wszystko wydawał się lepszy w porównaniu z udręką, jaką znosiła od niemal stu dni.
Po trzech miesiącach nagle wszystko się zmieniło. W letni wieczór granie cykad w zaroślach otaczających zamek przerwał tętent koni. Grupa jeźdźców wysłanych przez Rodriga da Tarragona na cotygodniowy rekonesans wróciła po paru dniach, wlokąc na arkanie śniadego męża z brodą czarną jak skrzydło kruka. Hrabia akurat rozmawiał na dziedzińcu z jakimś mnichem, zatem rycerze zręcznie zeskoczyli z koni i pchnęli jeńca w stronę swojego pana.
– Na kolana, psie – krzyknął jeden z gorliwszych, ale Rodrigo powstrzymał go gestem dłoni.
– Ktoś ty? – zapytał pojmanego.
Ten pokłonił się z szacunkiem.
– Nazywam się Ahmet, panie – odparł, nie podnosząc oczu.
Hrabia Rodrigo bacznie mu się przyjrzał.
– Nie widzę, aby cię poturbowano – rzekł. – Poddałeś się bez walki? A może szukasz śmierci?
– Szukam życia, efendi. – Maur znów się pokłonił. – Nie noszę miecza.
– Maur bez miecza. – Tarragona przekrzywił głowę, jakby chciał rozwiązać zagadkę dziwnego jeńca, spoglądając na niego z innej strony. – Gdzieście pojmali tego odmieńca? – Odwrócił się do swoich rycerzy. – W pałacu emira? – I uśmiechnął się, patrząc na ich zakłopotane miny.
Przez kilka długich chwil panowała cisza.
– Właściwie... – przerwał ją dowódca podjazdu, ostrożnie ważąc słowa – właściwie to go nie pojmaliśmy. To znaczy, niby pojmaliśmy, wzięliśmy na rzemień i w ogóle, ale... to nie do końca było pojmanie, bo... on nie uciekał. Siedział ze skrzyżowanymi nogami opodal starego szlaku Wizygotów, jakby na nas czekał.
– Jak to wyjaśnisz, Maurze? – spytał hrabia.
Jeniec złożył trzeci pokłon.
– Nie jestem Maurem, efendi – rzekł pokornie. – Pochodzę z Konstantynopola. Podróżowałem do Jabury, którą wy, panie, nazywacie Evorą, ale słudzy zdradzili mnie, ograbili z koni i dobytku, zostawiając jeno sakwę z miksturami i przyrządami do leczenia. Jestem medykiem.
– Medykiem? – Zdumienie Rodriga rosło. – Cyrulikiem? – upewnił się.
Tym razem jeniec nie zgiął karku.
– Nie strzygę włosów – wyjaśnił z pewną hardością, co u gorliwego rycerza znów wywołało złowrogi syk:
– Milcz, psie, zważ, do kogo mówisz.
Ale gest hrabiego ponownie go uciszył.
– Nie strzygę włosów – dodał ciszej jeniec. – I nie jestem psem. Jeśli zechcesz, panie, uczynić mi tę łaskę – głęboko pokłonił się krewkiemu rycerzowi – mogę być kotem. W moim kraju koty uchodzą za mędrców.
Dziedziniec wypełniła gromka salwa śmiechu. I właśnie wtedy, w chwili gdy gromada galisyjskich zabijaków rozbawiła się niemal do łez, hrabia dostrzegł wzrok jeńca skupiony na jednym z zamkowych okien. Natychmiast spojrzał w tamtą stronę i chociaż trwało to zaledwie kilka sekund, Rodrigo da Tarragona dałby głowę, że przez twarz arabskiej dziewczyny wpatrzonej w człowieka, który nazwał się Ahmetem, po raz pierwszy od trzech miesięcy przebiegł prawie niewidoczny cień uśmiechu.