Читать книгу 444 - Maciej Siembieda - Страница 19

Оглавление

Rozdział 14

Kolczuga ojca zdawała się ważyć dwa razy więcej niż podczas ćwiczeń na dziedzińcu zamkowym, kiedy Abelardo uczył się fechtunku i sztuki walki. Teraz, w obozie za wzgórzem nad rzeką Mondego, z którego lada chwila miał ruszyć atak na Maurów, kolczuga krępowała ruchy, a koń dziedzica rodu Tarragonów parskał i nerwowo grzebał kopytami. W odróżnieniu od jeźdźca, który go dosiadał, rumak bywał już w bitwach i czuł, że zbliża się groza kolejnej. Nie tylko wierzchowce okazywały zniecierpliwienie.

– Czemu oni jeszcze nie wypuszczają płonących strzał? – denerwował się Belduino Varela, którego puklerz i hełm nosiły ślady licznych wgnieceń. – Słońce jest już wysoko, poganie musieli zacząć przeprawę. A może – krzyknął, aby słyszano go w najbliższych szeregach – łucznicy wystrzelali ich co do jednego i już ucztują? Galisyjscy rycerze zatrzęśli się ze śmiechu, aż zadźwięczał ich żelazny ekwipunek.

Aurelio, którego koń niemal dotykał strzemionami rumaka Abelarda, był jednak śmiertelnie poważny. Pochylił się w stronę młodego hrabiego, wręczając mu kwadratowy kawałek metalu zawieszony na cienkim rzemieniu.

– To amulet twojej matki, panie – powiedział cicho. – Dała mi go przed śmiercią. Przysiągłem, że przekażę ci go w chwili, gdy może grozić ci niebezpieczeństwo. Weź go, panie. On cię uchroni.

Abelardo sięgnął po amulet lewą ręką, starając się mocno trzymać wodze niespokojnego rumaka. Zaskoczony, spojrzał na arabskie znaki na kwadratowej tabliczce, na chwilę zapominając o czekającej go bitwie.

Nagle znalazł się w środku piekła. Jazda Maurów wyrosła jak spod ziemi, spadając ze wzgórza na podobieństwo stada jastrzębi, i z nieludzkim wyciem runęła na chrześcijańskich rycerzy, z których wielu nie zdołało nawet dobyć miecza. Pogan było ponad tysiąc; łucznicy nad rzeką nie zatrzymali ani jednego z nich. Szarżowali w pełnym galopie, z impetem podsycanym wyraźną wizją klęski i pogromu chrześcijan. Atak był tak błyskawiczny, że konie rycerzy rekonkwisty, gwałtownie spięte ostrogami, stawały dęba, zrzucając jeźdźców, nie mając miejsca choćby na jeden krok do przodu.

Rozpęd – największy atut ciężkiej jazdy – został całkowicie udaremniony, a bez rozpędu ciężka jazda może tylko ginąć w starciu ze zwrotniejszym i szybszym przeciwnikiem. I to właśnie działo się na polu bitwy nad rzeką Mondego. Padali ludzie, konie i proporce, a bujna wiosenna łąka powoli zmieniała kolor na purpurowy. Belduino Varela płacił tragiczną cenę za pychę: przekonany o niezawodności swojego fortelu, koniecznie chcąc udać przed Maurami nieobecność wojsk na drugim brzegu, nawet nie wystawił na wzgórzu obserwatorów, którzy mogli ostrzec przed niebezpieczeństwem. Zanim krzywa arabska szabla strąciła mu hełm, a kolejna rozłupała czaszkę, nie zdążył nawet zadać sobie pytania, co mogło się stać z łucznikami.

Abelardo spadł z konia potrącony przez Maura, który atakował Belduina. Próbował odzyskać równowagę i stanąć na nogi, ale poślizgnął się w kałuży krwi. W tym samym momencie z siodła zsunął się Aurelio, chcąc pomóc swemu panu, ale zanim dotknął ziemi, włócznia wroga rzucona wprawną ręką przebiła go na wylot. Upadł na kolana. Abelardo chwycił go za ramiona w geście bezsilnej rozpaczy, ale z oczu jego starego opiekuna już znikało życie.

– Twoja matka... – wychrypiał, ale potok krwi z ust przerwał mu w pół słowa. – Ona nie... nie była... Nie dokończył. Zanim do Abelarda dotarło, że powiernik matki chciał mu przed śmiercią powiedzieć coś bardzo ważnego, poczuł na szyi chwyt arkanu. Po chwili odpłynął w niebyt.

Ocknął się wśród setki jeńców klęczących w rzędzie, z rękami spętanymi z tyłu sznurem. Za każdym stał strażnik z obnażonym mieczem, a wzdłuż szpaleru przechadzał się bogato odziany starzec, przed którym wojownicy Proroka z czcią pochylali głowy. Abelardo znał ten rytuał z opowieści rycerzy ojca. Muzułmański wódz po wygranej bitwie miał przywilej osobistego decydowania o losie jeńców. Dwóch, trzech z reguły puszczał wolno, aby wrócili do swoich i dali świadectwo klęski. Część przeznaczał na sprzedaż na marokańskich targach niewolników, resztę kazał ścinać – ku chwale Allaha i przestrodze niewiernych.

Starzec w asyście dwóch olbrzymów czarnych jak heban, którzy najwyraźniej stanowili jego straż przyboczną, z uwagą przyglądał się pojmanym galisyjskim rycerzom, aż nagle stanął oniemiały i nie wierząc własnym oczom, dotknął znamienia na czole Abelarda.

– Arba – szepnął, jakby ogarnięty lękiem, a potem rzucił kilka innych słów po arabsku.

Paru wojowników w turbanach natychmiast ostrożnie podniosło Abelarda z ziemi, przecięło mu więzy i na własnych ramionach zaniosło go do obozu Maurów, nad którym górował namiot wodza. Tu go obmyto, przebrano w czystą szatę i wskazano miejsce na poduszkach ułożonych na miękkim kobiercu. Kiedy usiadł, słudzy wycofali się schyleni w pokornym pokłonie. Został sam.

444

Подняться наверх