Читать книгу Trucizna - Dario Correnti - Страница 12
18 lipca
ОглавлениеIlaria po raz pierwszy wchodzi do rezydencji zaprojektowanej przez Zahę Hadid. Jest umówiona z Dilettą, córką Marty Guerry. Najpierw zatrzymuje ją portier, który dzwoni na górę, żeby się upewnić, czy wolno jej wejść, następnie zaś cejlońska pomoc domowa w niebieskim fartuszku, która prosi, żeby poczekała chwilę przy wejściu. Pani rozmawia przez telefon. To podwójne poddasze deluxe, całe przeszklone, urządzone nielicznymi designerskimi meblami. W tej wielkiej przestrzeni biega troje rozwrzeszczanych dzieci. Najmłodsza dziewczynka, poślizgnąwszy się na parkiecie, uderza w nogi Ilarii. Patrzy na nią.
– Cześć, dlaczego nosisz takie brzydkie ubrania?
Ilaria chciałaby wymierzyć jej kopniaka w twarz, ale się uśmiecha.
– Jak ci na imię?
– Sveva. A to mój brat Leone. – Dziewczynka wskazuje ręką na opętane dziecko, skaczące po kanapie.
W tej samej chwili rozlega się krzyk, prawdopodobnie to matka.
– Cosimaaa! Przestań ciągnąć Chandrę za warkocz!
Zamaszystym krokiem nadchodzi Diletta.
– Przepraszam, niania pojechała na lotnisko po mojego męża. On pracuje w Londynie – mówi, przeczesując ręką włosy. Ma spuchnięte oczy, jest bez makijażu, chodzi boso, ale ma na sobie jedwabną tunikę od Etro. – To wszystko jest takie skomplikowane.
– Wyobrażam sobie – odpowiada Ilaria.
Diletta pyta ją szeptem, czy mogą porozmawiać w jej gabinecie, żeby dzieci nie słyszały. Ale zanim tam wejdą, podbiega do nich Leone.
– Mamo! Mamo! W telewizji mówią o babci. Mówią, że zabili ją dla pięćdziesięciu euro i torebki od Gucciego. To prawda?
Diletta schyla się i bierze go na ręce.
– Porozmawiamy o tym wieczorem, kiedy wróci tata. Obiecaj mi, że nic nie powiesz siostrzyczkom. Idź włączyć bajkę ze Świnką Peppą.
– Ale i tak idzie się do nieba?
– W jakim sensie „i tak”, kochanie?
– Nawet bez pieniędzy?
Ilaria ma ochotę się roześmiać, ale musi się powstrzymać. Na szczęście Diletta odwróciła się, żeby zamknąć drzwi.
– Już.
– Zabiorę pani niewiele czasu, obiecuję – zaczyna Ilaria. – Jak mówiłam przez telefon, nie chcę z panią przeprowadzać wywiadu.
– Całe szczęście. – Diletta wzdycha. – Ciągle mnie zadręczają.
W tej samej chwili dzwoni telefon komórkowy.
– Przepraszam, Franci, oddzwonię później, ktoś u mnie jest.
Potem wycisza telefon, widać, jak iPhone wibruje znów na stoliku.
– Chciałam z panią porozmawiać, bo poznałam Martę raptem wczoraj wieczorem, na kolacji. I bardzo uderzyło mnie to, co mówiła.
Diletta się najeża, wyraźnie obawia się tego, co mogła powiedzieć jej matka.
– To była dość szczególna kobieta – odpowiada z niejakim chłodem.
– Niemal tego samego dnia zginął jej znajomy – rzuca mimochodem Ilaria.
– Ach, pewnie Achille. Co za straszna historia.
– Właśnie. Marta wyglądała na bardzo wstrząśniętą. Mówiła, że niedźwiedź nie miał z tym nic wspólnego – Ilaria dozuje informacje, żeby nie wystraszyć swojej rozmówczyni.
– Mój Boże, ten niedźwiedź. Dzwoniła do mnie z pięć razy, bo pisała jakąś petycję, żeby go nie odstrzelili. Moja matka była zagorzałą animalistką, nawet trochę fanatyczną.
– Zauważyłam. Pokazała mi wszystkie zdjęcia Sir Simona.
Łzy napływają Diletcie do oczu, kręci głową.
– Przy łóżku trzymała portret osła, a nie wnuków. Taka już była.
– Chciałam się z panią spotkać, bo pani matka powiedziała coś dziwnego, co nie daje mi spokoju. – Ilaria przełyka ślinę. – Według niej Achille nie został zabity przez niedźwiedzia. Mówiła, że go otruto.
Diletta wznosi oczy ku górze.
– To jej kolejna obsesja, trucizny.
– Czyli wyklucza pani, żeby jej wersja była zasadna?
Rozczulona Diletta kręci głową.
– Biedna mama – mówi. – Tak się wszystkim przejmowała.