Читать книгу Tajemnica Marii Magdaleny - Paweł Lisicki - Страница 20
Powrót do historii
Prawdziwy przekaz
ОглавлениеPewne jest natomiast to, że Jezus wypędził z niej siedem demonów albo, ściślej jeszcze, że opuściło ją siedem demonów (Łk 8, 2). O tym, że egzorcyzmu dokonał sam Jezus, wspomina zakończenie Ewangelii Marka, pochodzące – jak większość dziś przyjmuje – z późniejszego okresu i dodane do jego tekstu. Pisze się tam o ukazaniu się Jezusa „Marii Magdalenie, z której przedtem wyrzucił siedem demonów” (Mk 16, 9). Nie można zatem wykluczyć, że złe duchy opuściły Marię wskutek działania nie samego Jezusa, ale jednego z Jego uczniów. Mówiło przecież siedemdziesięciu dwóch po powrocie, że „nawet złe duchy im ulegają ze względu na Jego imię” (Łk 10, 17). Z drugiej strony wydaje się to mniej prawdopodobne. Po pierwsze obecność w Marii siedmiu demonów wskazuje na dużą intensywność opętania; po drugie jej pójście za Jezusem sugeruje, że to Jemu bezpośrednio zawdzięczała uzdrowienie.
Jak każda informacja przekazana w Nowym Testamencie, tak i ta musiała oczywiście budzić wątpliwości i spotkać się z krytyką znawców. Wynika to z charakterystycznego dla wielu przedstawicieli współczesnej egzegezy sposobu komentowania i interpretowania Pisma Świętego, zgodnie z którym wszystko, co przekazane, musi być podejrzane. A najbardziej podejrzane bywa to, co nie odpowiada z góry przyjętym przez danego komentatora założeniom. Teksty, które do nas dotarły, jawią się często jako u źródła już nierzetelne i niewiarygodne, są zawsze czym innym, niż się wydaje. Nie opisują rzeczywistości, ale ją tworzą i konstruują, a ich autorzy nie tyle przekazują to, co otrzymali, i posługują się strzępkami informacji do walki z innymi, do budowania autorytetu jednych bohaterów i pogrążania innych, do zacierania śladów słabości jednych lub podkreślania wielkości drugich. Wszystkie te sądy wypływają, mniemam, w większym stopniu z uprzedzeń ideologicznych współczesnych badaczy, a w mniejszym z rzetelnej analizy źródeł. Słuszna zasada, zgodnie z którą autorzy ewangelicznie nie byli bezwolnymi narzędziami w ręku Boga, ale prawdziwymi autorami i redaktorami, ludźmi, z których każdy realizował swój plan, opisywał przekazaną tradycję zgodnie ze swoimi celami jako pisarza i teologa, bywa w ten sposób wypaczana. Zamiast ostrożnej rekonstrukcji owych motywów poszczególnych ewangelistów wielu badaczy przyznaje sobie swobodę wycinania niewygodnych fragmentów albo umieszczania ich w innym kontekście niż ten, w którym pierwotnie występowały.
Oto przykład. Silke Petersen, autorka jednej z ostatnich biografii Marii Magdaleny, stwierdza: „Nie ma żadnego niezależnego od Łukasza świadectwa mówiącego o chorobie Marii. Wcześniej już opisane tendecje u Łukasza w odniesieniu do kobiet czynią natomiast prawdopodobnym podejrzenie, że »demony« Marii pojawiły się za sprawą redakcji przez Łukasza, a nie jako pozostałość historycznych wspomnień” (s. 38).
Jest to zastosowanie w praktyce klasycznej niemal logiki podejrzeń, typowej dla wielu książek autorek feministycznych. Najpierw następuje wykrycie u Łukasza motywów, zgodnie z którymi chciał on pomniejszyć i oczernić kobiety, a następnie na podstawie owych rzekomych motywów kwestionuje się jego przekaz o uzdrowieniu Marii. Dlaczego? Bo w wizji feministek Łukasz występuje nie jako historyk, ale historyk zaangażowany w obronę męskiej dominacji w Kościele, zatem to, co pisze o Marii Magdalenie, należy odczytywać nie wprost, ale jako próbę jej pomniejszenia. Ta sama autorka gdzie indziej stwierdza zresztą, że „Judasz wydał Jezusa Rzymianom” (Petersen, s. 40), co jest możliwe dzięki temu, że wraz z większością współczesnych egzegetów odkryła występującą w Ewangeliach rzekomą tendencję antyżydowską. Dzięki temu może interpretować teksty ewangeliczne o wydaniu Jezusa przez Judasza władzom żydowskim jako tak naprawdę informację o wydaniu Go Rzymianom. Pominę jednak chwilowo pytania o wartość feministycznej interpretacji Łukasza. Obecnie ważniejsze jest inne pytanie. Dlaczego tylko Łukasz – jeśli na użytek dyskusji pominie się zakończenie Marka – przekazał informację o opętaniu Marii Magdaleny? Czy ten fakt czyni jego przekaz niewiarygodnym, jakby chciała tego Petersen i wielu innych?
Głównym argumentem krytyków tej opowieści jest twierdzenie, że nie pojawia się ona u pozostałych ewangelistów. Odwołują się oni tutaj do jednego z kryteriów autentyczności wypracowanych przez współczesną biblistykę, jaką jest kryterium wielokrotnego potwierdzenia. Mówi ono, że wiarygodne może być to świadectwo, które zostało potwierdzone w różnych źródłach i różnych przekazach tradycji, na przykład osobno w listach świętego Pawła, osobno w Ewangelii Jana i osobno w ewangeliach synoptycznych. Wtedy dopiero taka informacja wydaje się autentyczna.
Na pierwszy rzut oka jest to rozumowanie poprawne: tak jak wiarygodny jest fakt przekazany przez co najmniej dwóch niezależnych świadków, tak też ma się rzecz ze świadectwami historycznymi. Jeśli uda się wykazać, że co najmniej dwie Ewangelie wspominają o tym samym fakcie, ale odwołując się do różnych tradycji, można z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że miał on miejsce. Innymi słowy: jeśli przyjąć, jak to robi większość biblistów, że najstarszym źródłem był Marek (M), że niezależnie od niego drugim źródłem było tzw. Q (od Quelle) zawierające wspólną część Mateusza i Łukasza, nieobecną u Marka, oraz że należy do tego dodać jeszcze to, co wyłącznie właściwe dla Łukasza (Ł) i dla Mateusza (Mt), mielibyśmy do czynienia z następującymi niezależnymi tradycjami: M (Marek), Q (to, co wspólne dla Mateusza i Łukasza), Ł (to, co wyłącznie Łukaszowe) i Mt (to, co wyłącznie Mateuszowe). Autentyczne byłoby zatem to, co znajduje się we wszystkich osobnych tradycjach łącznie, traktowanych tak jak niezależne świadectwa, to zaś, co zostało przekazane tylko przez jedno źródło – na przykład historia przesłuchania Jezusa przez Heroda (Ł), wskrzesznie Łazarza (J – Jan), młodzieniec owinięty w prześcieradło (M), spotkanie z Samarytanką (J), wreszcie informacja o wypędzeniu demonów z Marii Magdaleny (Ł) – zdaje się z góry wątpliwe i podejrzane. Słuszne jest tutaj, mam wrażenie, przyjęcie, że to, co wielokrotnie potwierdzone, zdaje się niemal pewne; wcale jednak z tego nie musi wynikać wniosek przeciwny, mianowicie że opowieść, której owego wielokrotnego potwierdzenia brakuje, powinna być odrzucona. Dlaczego?
Tym, co uderza przy lekturze Ewangelii, jest głęboki konserwatyzm ich autorów: nawet tam, gdzie można założyć, że wiedzieli o sobie, jak na przykład kiedy to Mateusz i Łukasz korzystają z Marka, zmiany, które wprowadzają do tekstu, są często niewielkie. Inaczej: nie znam jednego przykładu, kiedy to opowieść Marka pojawiłaby się u Łukasza lub Mateusza tak daleko zredagowana i przekształcona, że można by stwierdzić, iż doszło do jej wypaczenia, zmiany sensu, usunięcia istotnych elementów narracji. Owszem, przy opisach uzdrowień Mateusz i Łukasz omijają elementy, które w opowieści Marka zdają się im zbyt drastyczne lub mogłyby zostać wykorzystane przez przeciwników jako dowód posługiwania się przez Jezusa magią (Mk 8, 23), zmieniają też bardzo krytyczną wymowę fragmentów na temat samych uczniów, ale na tym ich działalność redaktorska się kończy. Wniosek: zarówno Łukasz, jak i Mateusz z podobną, można sądzić, pieczołowitością i ostrożnością, podchodzili też do innych przekazów i tradycji jak do Marka; starali się wyjaśnić to, co wydawało im się zawikłane, niejednoznaczne, może chropawe oraz niezgrabne; dodawali komentarze, które wydarzenie umieszczały w odpowiednim świetle, dopowiadały to, co zdaniem późniejszych ewangelistów było nie dość jasno powiedziane przez Marka – choćby fakt, że to uczeń, a nie przypadkowy uczestnik zdarzeń obciął ucho słudze arcykapłana – nigdzie jednak nie tworzyli nowych opowieści sprzecznych z tym, co odziedziczone. Oni nie wymyślali, nie tworzyli fikcji, co najwyżej dostosowywali to, co im przekazano, do swego zamiaru teologicznego i potrzeb czytelników, dla których pisali. Ich rola redaktorska zatem, choć nie bez znaczenia, miała ściśle wytyczone granice.