Читать книгу Samozwaniec. Tom 4 - Jacek Komuda - Страница 11

Die 7 julii n. st., 27 iunii st. st.
Kitajgorod, kabak u Daniły
Godzina pierwsza w południe

Оглавление

– Dymitr to zełgany carzyk, impostor, mnich Otriepiew, zbieg z klasztoru nasłany przez Zygmunta z Krakowa i rzymskiego papę – cedził słowa Wasyl Dydko, wpatrzony w brodate gęby słuchaczy. – Rostryga, wor, co chce razem z Lachami złodziejami zburzyć cerkwie i więcej! wytępić do szczętu naszą świętą wiarę grecką!

Słuchający skulili się za stołem.

– Powiadam wam, ojczulkowie, czart to, nie dziedzic batiuszki Iwana. Sami wiecie przecież, że prawego syna carskiego kazał zabić Borys Godunow.

Umilkł i przez chwilę dyszał głośno.

– Lachów do siebie dopuszcza, jezuitów słucha. Panoszy się lackie ścierwo po całej Moskwie... o, zresztą patrzcie!

Wasyl wskazał na środek kabaku, gdzie w rzeczy samej na ławie przy największym stole rozpierał się samotny Lach, nie dopuszczając do bliższej konfidencji żadnego Moskala. A gdyby jednak któryś z pijusów takiej konfidencji szukał, skutecznie odstraszała go leżąca na ławie nahajka i szabla z rapciami owiniętymi wokół pochwy.

Lach jednak nie słuchał gadaniny Dydki. Miał własne kłopoty. Pił gorzałkę od rana i rozmyślał. O propozycji Uspieńskiego.

Bał się. Nie wiedział, o co chodziło staremu oprycznikowi. Zresztą – na razie Jacek miał na podorędziu jeszcze jedną kartę, Szujskiego. I tę partię mógł rozegrać do końca. Coś za coś. Wieści o stryju w zamian za wstawiennictwo u Dymitra.

Nagle ktoś stanął przed nim. Dydyński podniósł oczy na zuchwalca i... zamknął je z powrotem. To była Anastazja. Przyszła tu z Żytniego Dworu.

– Mileńki – powiedziała – chodź do mnie. Wracaj na kwatery.

– Przyszłaś tu sama?

Pokiwała głową.

– Po co?

Skrzywiła się dotknięta, ale Jacek był tak pijany, że tego nie dostrzegał. W tej chwili jęki i żale Anastazji były mu potrzebne jak piąte koło u wozu.

– Jacku Aleksandrowiczu. Ja chcę z tobą pomówić.

– Nie teraz. – Opędził się ręką. – Później, mościa panno. Nie widzisz, że nie mam czasu?

– Skoro pijesz, znaczy, że masz.

– Dobrze, słucham?

– Chcę jechać z tobą do Polski.

Jacek drgnął.

– Dlaczego? Po co? Zresztą jeszcze nie jadę. Jestem na służbie. U cara, nie widzisz?

– Obiecywałeś... – wyszeptała jakby przerażona.

– Tak ci zbrzydła Moskwa? Prawosławna Ruś? Raj na ziemi?

– Gdzie potępieńcy zjedli moją rodzinę za hołomoru? A ze mnie uczynili... Wiesz co. O Jacku Aleksandrowiczu, mówiłeś...

– Mówiłem wiele... Ale o czym? Przypomnij mi, bo zapomniałem.

– O cerkwi. I że będziemy w niej razem.

– I co?

– Mówiłeś o ślubie.

Jacek przymknął oczy.

– Moja miła Anastazjo, nie przeczę, jesteś mi bliska. My, żołnierze, walczymy i giniemy sami, dobrze, że chociaż przez chwilę mamy kogoś blisko siebie.

– Chciałabym z tobą... Jak nie w cerkwi, to w kościele.

– Nie przeczę, że miałem nie raz wolę cubitum 2 z tobą jak cum uxore 3. Ale to zbyt proste, aby prowadziło do czegoś... poważnego.

– Nie mów mi niemczyzną...

– To szlachetna łacina.

– Niechaj nawet to będzie po diabelsku, ale powiedz mi zwykłymi słowami. Co dalej z nami? Ja tak dłużej nie mogę.

– Sama wiesz, że to niemożliwe. Pro discretione status et offici 4 mogę traktować cię jak ancillam 5, ale nie jak żonę.

W jej wzroku wyczytał złość i wzgardę.

– Nie mów do mnie tą, tą... przeklętą mową księży! Chcę wiedzieć...

– Dziś się nie dowiesz.

– Kiedy?

Milczał, bo nie miał siły, aby rozwiązać jeszcze i ten gordyjski węzeł.

– Myślałam, płakałam, modliłam się za ciebie.

– A co ty, do diabła, uważasz?! – wypalił. – Coś sobie myślała?! Byłem w opałach, byłem w niewoli jak żebrak, ale to nie zmienia jednej prostej rzeczy: ja jestem szlachcic polski. Eques polonus sum omnibus par 6! Miłe były mi twoje pudenda 7, ale nie licz na nic, bo jeśli idzie o sprawy... wiekuistej przyjaźni, to wybacz, ale mogę pojąć tylko... równą sobie. Znaczy... – uciekł wzrokiem na podłogę, wpatrywał się w mużyków pijących gorzałkę na ławie pod ścianą – szlachciankę. Miła mi jesteś, Anastazjo. – Wyciągnął rękę, ale umknęła mu swojej. – Obsypię cię złotem, moja królowo Moskwy, ale... jakże to tak? Żenić się? Ojciec nie zezwoli.

– Twój ojciec nie żyje!

– Brat wyśmieje. A ja jako żonę pojąć mogę taką, co jest intacta 8, to po łacinie, ale chyba zrozumiesz. Co wianek i smaczny kąsek zachowa dla męża, he, he. Nie obrażaj się, dziewko urodziwa, stój, nie uciekaj. Nie chciałem...

– Nie wiedziałam, że jesteś taki.

– Jaki?

– Okrutny. Podły... Jak Lach, papieżnik, czart, diabeł!

– Jeszcze mnie nie znasz. Chodź tutaj!

Poderwała się z krzykiem, przewracając garniec z gorzałką. Krzyczała, machała rękoma. Wreszcie wybiegła z kabaku.

Nie zatrzymała się na placu Czerwonym. Nie stanęła w Nikolskich wrotach. Na szczęście nie miała myśli, aby rzucić się do fosy – zresztą i tak nie było w niej wody. Wpadła jak burza na Kreml, popędziła do Żytniego Dworu, gdzie w izbie na piętrze były kwatery husarskich pocztów Dymitra.

Gdy wbiegła do izby, byli w niej Świrski i Nieborski. Ostatni leżał na posłaniu, a stary pocztowy przykładał mu nasączoną w gorzałce szmatkę do pleców pooranych nahajem Dydyńskiego.

Nie zatrzymała się przy nich – pognała do komory. Tu siadła na ławie. Nie chciała szlochać, ale łzy same płynęły z jej oczu.

Co miała zrobić? Dokąd iść? Teraz... po tym wszystkim.

Ocierała oczy i tylko dygotała.

Minęła długa chwila, nim ozwały się kroki. Damian... Podszedł do niej, spoglądał długo; wreszcie wyciągnął rękę, dotknął, przytulił ją ostrożnie jak skarb. I wtedy Anastazja zapłakała krótko, urywanie.

Samozwaniec. Tom 4

Подняться наверх