Читать книгу Anyżowe dropsy - Aleksandra Konieczna - Страница 16
JAK OKIEM SIĘGNĄĆ
ОглавлениеLecę do Szczecina na Dąbskie Wieczory Filmowe. Nad jeziorem będą pokazywać nocą film short sprzed kilku lat pod tytułem Niekoniecznie o Jędrzeju. Potem rozmowa ze mną wyświetlana na telebimie, potem projekcja Jak pies z kotem, filmu w reżyserii Janusza Kondratiuka. Gram tam Igę Cembrzyńską, aktorkę i piosenkarkę, żonę zmarłego brata, Andrzeja Kondratiuka. Słynny klan braci reżyserów.
Do nocy, na leżakach, kocyki, luz.
Ale najpierw Okęcie. Wsiadam do maleńkiego samolociku. Lubię, jeszcze z płyty lotniska, wypatrzeć pilota w kabinie. Po co mi to? Chcę wiedzieć, komu oddaję swe życie w ręce? Brunet, klasyczny profil, mocne owłosienie ramion.
Nagle na kabinie zauważam drobny napis „bombardier”. I lecę. Wyobraźnią póki co. A może to Niemiec? Może pół-Niemiec? Pilot bombardier ze Szczecina. To ma sens. Ukłucie lęku. Promienie bólu wzdłuż żeber. Kim był jego ojciec w czasie wojny?
I myśl zwrotna. Boże, co to za pamięć w moim ciele, jaki jej zakamarek? Moja babcia Róża gotująca w armii Niemcom na wschodzie po to, by wyżywić moją mamę, ciocie, wujków? Czy moja matka jako kilkuletnia dziewczynka skowycząca w sadzie, że bez psa nie pojedzie, i ręce dziadka prawie wyłamują jej rączki, by ją oderwać od drzewa? I biały piesek, coraz mniejszy i mniejszy, aż kropka i niebyt. I płacz, i płacz, jej opuchła twarz. I pierwsze w życiu rozstanie na zawsze.
12a. Miejsce 12a. Opanowuję się i wsiadam do samolotu. Bo rzecz się dzieje współcześnie, a ja na dąbskie lato. Jaka okupacja czy repatriacja? Nie świruj i zostaw tego psa. Ostatnie przebicie pamięci ciała, mam nadzieję. I zapinam pas.
Lecimy. Otwieram tablet z tekstem Williama Gibsona Balkon Goldy. Dostałam właśnie od dyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie, Gołdy Tencer, propozycję wyreżyserowania monodramu. Wielki sukces na Broadwayu. Zaczynam czytać i prawie w punkcie startu, lektury i lotu, już wiem, że pamięć wszystkich skatowanych przez historię ciał – polskich, żydowskich, brytyjskich, rumuńskich, egipskich, senegalskich, wszystkich ciał, także niemieckich – poleci we mnie nad krajem. Wezmę ich los i cierpienie w siebie. W drobne, delikatne ciało polskiej aktorki uprowadzonej w bombardierze. Co jest grane?
Czytam Balkon Goldy. Sztukę o Goldzie Meir, premier Izraela, która całe swe życie poświęciła idei odrodzenia rasy żydowskiej, czyli powstaniu państwa Izrael.
Która przeprowadziła świat przez zimną wojnę. Zbudowała pod pustynią Negew reaktor jądrowy. Świętą broń, dzięki której ocalał Izrael. Oprócz tego była też żoną i matką, kobietą od rosołu i mydlin. Choć akurat te jej role mocno ucierpiały. A ona cierpiała, że cierpią. Ale musiała. By mogła się spełnić obietnica z Tory.
Golda Meir zaczyna od słów: „Zabiłam go”. Swego męża, kochanego i odrzuconego przez nią, na rzecz Syjonu. Morrisona, cudownego mężczyznę, kochającego rodzinę, muzykę, książki, abażury, piękno. Zabiła go jak wielu mężczyzn, których posyłała na śmierć dla idei wolnego państwa Izrael. Mając równocześnie jasną i przeklętą świadomość, że ten, kto działa dla idei, zabija. I pyta sam siebie, ile razy ma prawo dla niej zabić.
Rewelacyjny tekst. Jutro mam dać odpowiedź Gołdzie Tencer. Jezu, nie dam rady. Mam tyle pracy. I choć wiem, że decyzją o tej reżyserii kondycyjnie mogę siebie dobić jak wysłużonego konia, całą sobą już czuję jej przestrzeń.
Mimo że sztuka nosi tytuł Balkon Goldy, pojawiają mi się w wizjach dwa balkony.
Jeden w jej mieszkaniu pod Tel Awiwem, wychodzący na Morze Śródziemne, którym spływają na łodziach do miasta Żydzi z całego świata – radość jej serca i słodki owoc życia.
I drugi balkon, wybudowany pod pustynią Negew, który sama nazywa zejściem do piekła.
Buduje tam razem ze swymi generałami – przez dziesięć lat, w kompletnej tajemnicy przed światem – reaktor jądrowy dla izraelskiej armii. Używa go jako karty przetargowej w decydującym momencie rozmów na szczycie z prezydentem Kissingerem.
Armia izraelska nigdy nie użyła tej broni, ale Golda każdego dnia żyła ze straszną, wyniszczającą świadomością, że któregoś dnia będzie musiała podłożyć bombę jądrową pod cały świat. I tam, z tego balkonu wykutego pod pustynią, zawiadowała losami świata.
Zbyt wielkie, dużo zbyt wielkie obciążenie dla herosa, a co dopiero dla Meir od rosołu.
Rozmyślam o tym, co się dzieje, kiedy idealizm staje się władzą. Zabija. Golda też od tego myślenia choruje.
Cromwell w Anglii, Robespierre we Francji, Lenin w Rosji – wszyscy oni chcieli gorąco naprawiać ludzkość.
Boże, ja już wolę zostawić ludzkość w spokoju. Dać jej żyć, jaką jest. I nadal myśleć o życiu jak o idealnej miksturze działającej tylko wtedy, gdy trą o siebie dwie silne ingrediencje. Dobro i Zło.
Muszę jeszcze raz obejrzeć Czarnobyl na HBO, który wstrząsnął widzami i zrobił furorę na świecie. Brytyjsko-amerykański miniserial w reżyserii Johana Rencka z Jaredem Harrisem, Emily Watson, Stellanem Skarsgårdem. Genialne aktorstwo. Przyjrzeć się balkonowi w czarnobylskiej elektrowni. W serialu dzieje się tam wiele scen.
Od dawna czuję sentyment do narodu żydowskiego. Gdy kończyłam PWST w Warszawie w 1988 roku i zagrałam swój dyplom – Bezimienne dzieło Witkacego w reżyserii mego opiekuna Jana Englerta – podeszli do mnie piękni ludzie. Byli mną zachwyceni i zaprosili do swego domu na Jagiellońskiej w Warszawie, koło teatru Baj. Cztery metry wysokości zabudowane książkami pod sufit, piękna Ninel, matka rodu, jej mąż, synowie. Jeden z nich został potem reżyserem teatralnym, a drugi rabinem i ortodoksem. Przyjaźń i bliskość trwające lata.
Jakbym była kiedyś Żydówką. Albo któraś z moich babek. Sensualne i każde inne powinowactwo. Nie po raz pierwszy zresztą czuję coś mocno w ciele, czego nie umiem nazwać – jakaś mocna smuga, pamięć nie wiedzieć czego. A gdy słyszę na Jagiellońskiej zdanie, że Żydówki kochają tak, jakby za każdy razem robiły to po raz ostatni, to słyszę zdanie o sobie. Ja też tak kocham. Kochałam.
Ninel, wspaniała drobna Żydówka pochodząca z Rosji, matka rodu Kosów. Sporo wódki z nią wypiłam. I słuchałam jak zaklęta jej miękkiego, wschodniego akcentu poszarpanego lekką chrypą.
Chciałam ją upić i wyrwać tajemnicę jej doskonałego, dojrzałego piękna. Gdy nad Jagiellońską prawie świtało i miałam pójść spać do jej pokoiku na wysokiej antresoli, usłyszałam odpowiedź. Nie takiej się spodziewałam.
– Wiesz, ja mam padaczkę, dziury w pamięci. Z telefonu we wtorek, gdy rozmawiam z koleżanką, orientuję się, że w zeszłą sobotę wyprawiłam dla całej rodziny szabas. Plama. Nie pamiętam nic. I może z tą urodą tak jest? Jakbym szła pod arkadami. Słońce, cień, słońce, cień. I w tym cieniu, w tej niepamięci, nie starzeję się po prostu. Może tak?
– Dobranoc, Ninel.
– Dobranoc.
I zostaję sama w jej pokoiku, wśród brunatnych ścian obwieszonych jej obrazkami. Są czarne, straszne, tylko tyle rejestruje moja pijana głowa. Ile zła ściga tę kobietę, myślę.
I wódka zamyka kadr na antresoli.
2018 roku wiosną, zupełnie nieświadoma dat, lecę na tydzień odpocząć do Tel Awiwu. Okazuje się, że ląduję tam prosto na obchody 70. rocznicy powstania państwa Izrael. Nie ma przypadków, nie wierzę w przypadki. Miałam to zobaczyć.
Z ręcznikiem, koszykiem, filtrem na twarzy próbuję się przebić na jakąkolwiek plażę w mieście. Auta zaparkowane do samej linii plaży. Tłumy ludzi wiwatujących, z dziećmi na ramionach, z flagami Izraela. Przebijam się dzielnie. Myślę, Tel Awiw ma kilka plaż, dalej się rozrzedzi.
I nagle huk na niebie, krzyk ludzi, brawa. Na niebo wpływają izraelskie bombowce. Lecą trójkami z zachodu na wschód. W pierwszej chwili mam skurcz strachu, żołądek pod szyją. Przecież nie wiem, nie mam pewności, nie widzę z dołu, jakie bombowce lecą. I ci ludzie krzyczący wokół mnie także. A gdyby tak wtargnęły na niebo arabskie bombardiery i nagle zaczęły spuszczać bomby na te śliczne biało ubrane dzieci? Przecież tak się zaczyna każda masakra. Ta nad Warszawą w trzydziestym dziewiątym też.
Ale niech to. Idę dalej. Jestem już na ostatniej plaży w mieście i postanawiam wracać do hotelu. Nici z plażowania.
Idę uliczką pod górę, zjadam malinowy sorbet w małej cukierence cudem otwartej i wracam do siebie. Do wspaniałego hotelu Cinema.
Włączam telewizor. Oglądam obchody rocznicy powstania państwa Izrael, z łóżka. Pierwszy raz widzę młodych żołnierzy, wspaniałej urody mężczyzn, którzy nagle zaczynają śpiewać. Mundur i śpiew. Ikonki w głowie mi nie klapują. To znaczy niby Kołobrzeg, piosenka żołnierska, ale to nie taki śpiew! To wielkiej mocy śpiew, płynie nie z gardła, ale skądś niżej. Zawołanie, wibracja na najwyższych nutach, przestrzeń bez kresu, męskie zawodzenie. Łamie mi serce i płaczę razem z nimi nad wiekami tułaczki, pogromów, niezawinionych krzywd.
Zapada wieczór. Biorę prysznic. Wychodzę na kolację. Siadam nad pysznym ramenem, czerwony kwiat w herbacie rośnie, patrzę na ludzi idących do synagogi na wieczorne nabożeństwo. Jest tuż-tuż, niedaleko. Widzę, jak znikają w jej chłodzie. Dziadkowie, babcie, seksowne kobiety i mężczyźni trzymają w swych silnych ramionach synów i córeczki. Idą. Idą. Razem. W radości. W swobodzie.
I od razu myślę o naszych polskich ceremoniach kościelnych zdominowanych przez babcie i dziadków. A tu siła i młodość, i dziecięcość, i nieświadomość. Radosny rytuał.
I natychmiast dzwonię do córki.
– Sądzisz, że w naszym życiu jest dość rytuałów?
– Że co? – słyszę zdziwienie zza mórz.
– Rytuałów. Czegoś, co nas skupia. Daje siłę.
– No, babcia robi dobre pierogi.
– Ale siłę dla ducha. Daje nam coś?
– Ja wiem…? Dziadek niektóre kolędy zna do końca!
Rozłączam się. Ale następnego dnia wymyślamy nowy rytuał. Z każdej podróży będę jej przywozić książkę kucharską. Tak chce. Świetnie gotuje.